Post scriptum

Na koniec jeszcze zdjęcie edukacyjnej drużyny z Hampton Court Palace, z którą spędziłam ostatni miesiąc.

Od lewej: Susie (szefowa edukacji Historic Royal Palaces), ja, Daniel (manager edukacji Hampton Court Palace, mój opiekun stażowy), Tracey (rezerwacja), wszechobecny Henryk VIII, Chloe (rezerwacja, sprzęt), Lee (programy dla dorosłych), Katie (manager rezerwacji), Gilly (programy dla szkół i rodzin).

I całkiem bonusowo zdjęcie z wycieczki na… dach! Co prawda, nie tak urzekające jak Wojtkowe z Wersalu, no ale cóż… 😉 Wycieczka wśród kominów była bardzo miłym zwieńczeniem pobytu w HCP, zwłaszcza, że pogoda dopisała niesamowicie, a taki zachód słońca w Anglii to podobno nie lada rzadkość!

The end… of English story!

Chętnych zapraszam na angielską herbatę, więcej zdjęć i więcej wrażeń 🙂

No to jakby już…

Ostatni dzień…
…to właśnie dziś. Kto by pomyślał, że to tak szybko zleci! Trudno mi uwierzyć, że byłam tu cały miesiąc. Ale z drugiej strony zadomowiłam się tak bardzo, jakbym pracowała tu nie miesiąc, ale kilka ładnych lat.

Żeby brytyjskiej tradycji stało się zadość, odbyłam dziś ewaluacyjne spotkanie z Danielem. Omówiliśmy dokładnie przebieg stażu i oba dokumenty, których przygotowanie wyznaczyliśmy jako cele stażu.
Jeden z nich to analiza ich działań edukacyjnych i propozycje, pomysły na pełniejsze przystosowanie do potrzeb różnych niepełnosprawności. Najważniejszym z nich wydaje mi się zaproszenie do współpracy szkół skupionych na wybranych niepełnosprawnościach. Narzędzia są już przygotowane i wykorzystywane w innych aktywnościach, aż proszą się o wykorzystanie i w tym celu.
Drugi to przewodnik dla rodziców i opiekunów dzieci autystycznych. To całkiem spore przedsięwzięcie. Wędrowałam po pałacu (tak długo, jak pozwalały mi ziąb i przeciągi ;)) w poszukiwaniu wszystkich punktów, ktore wymagają opisania. Na tym właśnie polega ten przewodnik – nie na niwelowaniu potencjalnych trudnych miejsc, ale na przygotowaniu rodzica (i za jego pośrednictwem dziecka) na ich obecność. To co dla dziecka autystycznego może być kłopotliwe, dla innych stanowi pewnie nie lada atrakcję – np. śmigające po ścianach Nawiedzonej Galerii cienie królowej, wydobywające się z ukrytych w bramie głośników dźwięki powozów, nawoływań, dziedzińcowego gwaru czy wreszcie, najtrudniejszy chyba punkt – żywe interpretacje historyczne.

Jakkolwiek banalnie to brzmi, znaleźliśmy w tym stażu tak wiele plusów, że aż wydaje się to niewiarygodne. Oni się cieszą, że ktoś zrobił  im kawałek roboty,  ja się cieszę, bo w miesiąc nauczyłam się więcej niż przez ostatni rok studiów. Z ich perspektywy było to nie tylko odkrywanie swoich tajemnic przede mną, ale  jak wielokrotnie podkreślali – świetny wiedzowy transfer, jak najbardziej obustronny, co z kolei mnie bardzo cieszy.  Znalazłam tu grupę naprawdę przyjaźnie nastawionych ludzi, gotowych dzielić się własnym doświadczeniem, ale równie chętnie czerpiących z moich doświadczeń i obserwacji.

Hampton Court słynie…
…podobno z Henryka VIII, jego kuchni, Labiryntu (The Maze) i… przebierańców. W ciągu dnia w królewskich apartamentach można spotkać się osobiście z królem, którego przejście zapowiada wierny poddany, krzycząc i apelując o właściwą postawę i okazanie Jego Królewskiej Mości należnej czci. Król jak to król, wyniośle, z dumą kroczy przez Great Hall, czasem wyda jakiś rozkaz, czasem coś prawie serdecznie zagada… Dookoła niego uwijają się jak w ukropie pozostali dworzanie, spięci, zestresowani królewską obecnością. Gdy tylko król zniknie za rogiem, zaczynają swobodniej oddychać i wracają do normalnego życia – wymieniają kurtuazyjne uwagi, ale i spierają się, przekrzykują, dyskutują.
Przebierańcy wyglądają nadzwyczaj wiarygodnie, ich stroje (tak jak i zachowanie) są zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach i wykonane zadziwiająco precyzyjnie. Nie ma w nich ani grama umowności, one udają oryginał! To goście zdają się nie przystawać do pałacowej rzeczywistości, interpretatorzy są jak najbardziej na miejscu! Swtarza to dość niezwykłą relację między pałacem, gośćmi i „mieszkańcami”. Goście trzymają się jakby bliżej ścian, są bardziej obserwatorami niż domownikami, „tak naprawdę” nie ma ich w pałacu. Choć granica jest bardzo cienka – nigdy nie wiadomo, czy gość również nie zostanie włączony w ten performance: wyrwany do odpowiedzi przez króla czy zaangażowany w ceremoniał.

Access – perspektywa patrzenia
Tematyka przystosowania pałacu do różnych potrzeb jest tu traktowana naprawdę szeroko. Prawie w ogóle nie mówi się o pojedynczych niepełnosprawnościach, ale o globalnej dostępności pałacu, który ma być tak samo przygotowany na wizytę matki z dzieckiem w wózku, osoby słabowidzącej, jak i osoby w podeszłym wieku z trudnościami w poruszaniu się. Osoba na wózku nie wzbudza tu najmniejszych emocji, nikt nie traktuje jej w żaden szczególny sposób – po prostu ma tutaj takie same możliwości jak inni.

Co widziałam, z kim rozmawiałam
Z uwagi na tę globalność i szerokość zagadnienia miałam okazję poprzyglądać się pracy baaardzo wielu osób i z baaardzo wieloma osobami porozmawiać. Nie ma sensu streszczać tu wszystkich rozmów, ale może warto wskazać choć ogólnie zakresy tematyczne, w których się poruszałam. Były to:  dostępność (przystosowanie – fizyczne, informacyjne), działalność edukacyjna, projekty dla społeczności lokalnych i grup wykluczonych, Access Panel (forum osób niepełnosprawnych pracujących na rzecz HRP), promocja zagadnień dostępowych i wydarzeń edukacyjnych, ustawodawstwo w zakresie dostępności budynków zabytkowych, oprowadzania dla niesłyszących, audiodeskrypcja (w postaci audioguide’a, jak i wolontariuszy, którzy opisują pomieszczenia na żywo), praca wolontariuszy, rezerwacja, obsługa publiczności, strażnicy („warders” – grupa o całkowicie odmiennych kompetencjach i zadaniach niż w większości polskich muzeów! We wszystkich muzeach, które tu odwiedziłam, w tym również w Windsorze, wardersi – czyli nasi opiekunowie ekspozycji – są przygotowywani do udzielania szczegółowych informacji o budynku i ekspozycji, a także do rozwiązywania różnych niestandardowych sytuacji).

Wszystkie te zagadnienia były rozpatrywane na przykładzie całego Historic Royal Palaces, jako że wielu  pracowników  pracuje krzyżowo dla kilku pałaców. Oczywiście najwięcej zobaczyłam na przykładzie Hampton Court,  ale w zasięgu wzroku miałam też Tower of London i Kensington Palace.

A nauki z tego płynące…
Często pytacie mnie, czy nie tęsknię albo czy mi smutno wracać. Trochę mi smutno. Najważniejsza nauka płynąca z tego wyjazdu jest taka, że – zapominając na chwilę o skali tego wszystkiego – możliwości mamy naprawdę podobne. Nie ma tu nic więcej, czego i my byśmy nie mieli lub nie mogli mieć niewielkim nakładem. Zasadnicza różnica leży wg mnie w organizacji. Polski system pracy nadal jest mniej wydajny, mniej efektywny (za to jak efektowny!), przez co i straty w trakcie są większe.  Tu wszystko przemyślane jest globalnie, od koncepcji do szczegółu, nie ma miejsca na spontan, fantazję i improwizację. Zaskoczony efektem jest tylko odbiorca, nigdy twórca.

W Hampton Court pracuje na stałe 180 pracowników, w tym kilkudziesięciu wardersów. W Wilanowie – 140 (bez opieki ekspozycji). W pałacu Hampton Court mają rocznie blisko 700.000 gości, w Wilanowie – 130.000. Edukacja w Hampton Court to 7 stałych pracowników (z czego trzy prowadzą centrum rezerwacyjne) i 80.000 uczniów, w Wilanowie – 11 stałych pracowników i blisko 40.000 uczniów. Oczywiście i tu, i tu zatrudnia się całe rzesze dodatkowych osób na inne rodzaje umów.

I jeszcze jeden powód mojej zazdrości – przestrzeń. Tej mają naprawdę zadziwiająco wiele. Choć oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia i już coś powoli przebąkują, że mogliby mieć więcej lunch roomów dla grup szkolnych.
Edukacja mieści się w Clore Learning Centre – centrum ufundowanym przez pana Clore 😉 Kilka lat temu (2006?) z wielką pompą, w obecności księcia Karola otwarto kompleks biur, pomieszczeń  warsztatowych, przestrzeni wystawowej, lunch roomów i powierzchni magazynowych na wyłączny użytek edukacji. Raz że wpływa to z pewnością na frekwencję, dwa – znacząco podnosi komfort pracy. Ale z takiego molocha pewnie łatwiej wygospodarować kawałek powierzchni…

Jasne, jest też parę słabości tego doskonałego brytyjskiego systemu – na wszystko mają druczek, ewaluują najmniejsze zdarzenie, co może być dość upierdliwe (ale oni chyba nawet to polubili). „Spotkaniowy” system pracy – „szybkie” update’y i briefy ze wszystkiego – sprawia czasem wrażenie braku czasu na… pracę.

Obawiam się, że po tym stażu wrócę jeszcze bardziej zorganizowana niż zwykle – o ile to możliwe… 😉 Gdy można tak namacalnie przekonać się, ile korzyści z tego płynie, trudno nie przyznać racji. Polecam każdemu takie doświadczenie!

A na koniec kilka fotografii podsumowujących staż:

Król (oczywiście Henryk VIII!) wraz z małżonką (trudno dociec, którą) zapraszają gości do wspólnej biesiady. Żeby tylko nie podpaść królowi, żeby tylko nie podpaść…

Słynny Labirynt Hampton Court Palace. Nikt nie wie, ile trwało najdłuższe „zwiedzanie”…Tak wygląda agenda zwykłego roboczego spotkania edukatorów z HRP. Porządek jak w NASA albo innym centrum dowodzenia światem! A co najdziwniejsze, realizacja idealnie pokryła się z planem!

W kuchni zawsze pali się ogień… I choć nie zawsze jest tam co zjeść, to w czasie tych wietrznych i ponurych dni miło się tam po prostu ogrzać.

W tle brama główna pałacu, po lewej budynki tzw. baraków (a może raczej koszarów) – kiedyś mieszkali tu żołnierze, dziś urzęduje tu głównie edukacja (wejście z drugiej strony).

Edukacyjne centrum powitalne – duża sala, w której na co dzień zaczynają swoją przygodę z pałacem wszystkie grupy szkolne, ale organizowane są tu także wystawy, otwarte warsztaty dla rodzin, spotkania dyskusyjne…

Jedna z sal edukacyjnych, a w niej wszystko pod ręką: szafy z narzędziami, rekwizytami, strojami, stoliki, krzesełka, toaleta (przystosowana), bardzo fajny ekran, na którym można pokazywać zdjęcia i po którym jednocześnie można mazać kolorowymi flamastrami…

Przedstawienie All the King’s Fools (Wszyscy błaźni króla) w wykonaniu trupy teatralnej złożonej z profesjonalnych aktorów i „naturalnych głupców”  (dorosłych z niepełnosprawnością intelektualną) – opowiadające historię poszukiwania królewskich błaznów i prezentujące ich umiejętności. W przedstawieniu brała też udział tłumaczka języka migowego (widoczna po lewej).

Spotkanie z duchem, czyli kolejne ciekawostki kulturowe

Najbardziej niesamowitej miałam okazję doświadczyć w piątkowy wieczór, który również postanowiłam spędzić w pracy. Otóż, brałam udział w Ghost Tour – organizowanym prawie co tydzień nocnym zwiedzaniu pałacu, w czasie którego niemal wszyscy liczą na spotkanie z duchem. W pałacu jest ich do wyboru, do koloru, cały katalog niesamowitych postaci. I drugi fascynujący katalog osób, które przeżyły spotkanie z tymi pierwszymi. 

W czasie wycieczki (tym razem mieliśmy nawet pełnię księżyca!) strażniczka prowadziła gości w miejsca, w których spotkano duchy, opowiadała historię każdego z nich. Pokazywała drzwi, które się samoczynnie kilkakrotnie otwierały, co zarejestrowały kamery przemysłowe. W kulminacyjnym momencie opowieści drzwi oczywiście znów otworzyły się z hukiem. Tym razem za nimi można było zobaczyć innego strażnika z groźną miną 😉 Ale goście podskoczyli z wrażenia naprawdę wysoko (no dobra, sama też podskoczyłam). Klimatu dopełniają tu i ówdzie powymieniane żarówki – w noc duchów świecą na niebiesko lub w ultrafiolecie.

Finałowym numerem Ghost Tour jest przejście przez Nawiedzoną Galerię – w co najwyżej trzyosobowych zespołach. Standardowe światła są oczywiście pogaszone, jest za to wiele kandelabrów imitujących migotliwe świece. Zadbano o efekty akustyczne w postaci szalejącego wichru, trzeszczących drzwi i podłóg. Po ścianach snują się cienie, bynajmniej nie nasze. Ci, co przeżyją, lądują w równie ciemnym i niezwykłym o tej porze dnia (a w zasadzie nocy!) Great Hall, gdzie mają okazję wypytać strażniczkę o szczegóły opowieści i posłuchać nocnych dźwięków pałacu.
Z tegoż tematu nie należy w UK zbyt głośno żartować – grupa liczyła ok. 30 osób, z czego znacząca większość zadeklarowała śmiertelnie poważną wiarę w duchy. Jedynie kilka osób podniosło rękę w kategorii „nie mam pewności, przyszedłem, żeby się przekonać”. Ja starałam się nie wyrywać. Każdy pałac i zamek w UK ma swojego ducha. W najsłynniejszych wycieczki z duchami to standard. Na stronie HRP jest cały dział poświęcony duchom i innym osobliwościom. To takie angielskie… 😉

Inna sprawa to emcjonalność Anglików. Słyszałam kiedyś o ich flegmatyczności, ale teraz już rozumiem, w czym rzecz. Przykład z wczoraj: autobus (tak, kolejna przygoda z autobusem! Nie miałam ani jednej podróży bez przygód!) spóźnił się dobrze ponad godzinę. Na przystanku masa zmarzniętych, zniecierpliwionych ludzi, którzy wchodząc do tego spóźnionego autobusu, całkiem grzecznie mówią kierowcy „dzień dobry” i bez szemrania zajmują miejsca. Niektórzy nawet się uśmiechają. No dobra, dwie Japonki na przystanku trochę ponarzekały, że spada standard obsługi tej linii. Ale wyobrażacie sobie w tej sytuacji Polaków? Ja na miejscu tego kierowcy, w Polsce, chyba wolałabym już wcale nie przyjechać…

Za to cała ich emocjonalność skierowana jest w wypowiadane z zaskakującą emfazą „heeee-llou” i „hooooow aaaaare youuuuu”. Przez pierwszych parę dni przyglądałam się z niedowierzaniem, że można az tak cieszyć się na widok kolegi z pracy czy pani w sklepie. Teraz robię już prawie to samo (przynajmniej się staram), żeby nikogo nie urazić moim brakiem radości 😉

Zdjęcia dzięki uprzejmości HRP

We franciszkańskim habicie

Tak, tak… to prawda, wstąpiłem do zakonu. Co prawda jedynie na dwie godziny w sobotę, ale i tak było to niezapomniane przeżycie. W sobotę z własnej woli przyszedłem do pracy, żeby wziąć udział w programie dla rodzin pt. „Wstąp do zakonu”. Carlos, rekonstruktor zatrudniany przez ów centralny instytut (IMC) na potrzeby państwowych instytucji, poprowadził zajęcia o życiu franciszkanów w XVIII wieku w Mafrze. Było sporo dobrej zabawy i zwiedzanie niedostępnych zazwyczaj pomieszczeń klasztoru. Każdy dostał własny habit i tak przebrani wszyscy – łącznie z Fernandą Santos (szefem działu edukacji), pułkownikiem ze szkoły wojskowej robiącym zdjęcia, dwiema wolontariuszkami i mną – poszliśmy dalej. Wszystko odbyło się dość prostymi środkami, ale Carlos uniósł na swoich barkach ciężar rekonstrukcji. Każdy zresztą już na samym początku dostał jakąś funkcję w zakonie, więc wszyscy zostali wciągnięci w akcję. Klimat był zaiste nieziemski…

Ponieważ ostatecznie wszyscy wystąpiliśmy z zakonu, w niedzielę udałem się po cywilnemu do Lizbony. W Muzeum Azulejos, zgłębiając tajniki tej jakże portugalskiej dekoracji, natrafiłem na bardzo ciekawy projekt, finansowany z Unii, dotyczący informacji dla osób niewidomych. Wybrane obiekty były opisane alfabetem Braille’a, co więcej ogólny wygląd obiektu oddawała miniatura na tablicy, gdzie przy pomocy różnych materiałów, wzorów i faktur odwzorowywano oryginalne dzieło. Przy wielkiej panoramie Lizbony sprzed trzęsienia ziemi np. niebo było gładkie, rzeka była w niewielkie fale, pola i ziemie miały wzór w kratkę, domy zaś w pionowe pasy. Jak to dokładnie wyglądało można zobaczyć na fotografii, w każdym razie było to również dość ciekawe dla dzieci. Jedna z osób odpowiedzialnych za ten system będzie również pracować w Mafrze przy organizacji muzeum rzeźby dla osób niewidomych.

W poniedziałek zaś czas spędziłem głównie na konstruowaniu mojej propozycji układu strony internetowej Mafry, po rozrysowaniu wszystkiego umówiliśmy się na wtorek na konsultacje. Doświadczenie wilanowskie było oczywiście nieocenione… poza tym ich strona jako że będzie skromniejsza jest oczywiście prostsza do zaplanowania. W zeszłym tygodniu zapoznawałem się także z ich ankietami dotyczącymi przyjęć gości, niektóre – te dotyczące działu edukacyjnego – są przygotowane przez Mafrę, te dotyczące ogólnego przyjęcia gości przez IMC. Szkoda, że nie mają osobnej ankiety badającej to, co mnie akurat najbardziej by interesowało – wolontariat. Ale np. wolontariat będzie osobną zakładką na ich stronie głównej, to już wymownie świadczy o znaczeniu, jakie przypisują wolontariuszom. Z niektórymi miałem okazję porozmawiać i jakkolwiek początki ich pracy były często dość przypadkowe (zabrakło w Mafrze ludzi do jakiegoś projektu), to teraz wolontariusze stanowią silną, związaną z miejscem i bardzo ważną i w znacznej mierze sprofesjonalizowaną (!) grupę. W końcu drobne prace konserwatorskie, odgrywanie ról teatralnych, czy czyszczenie zabytkowych ksiąg w bibliotece to zajęcia wymagające i wiedzy i umiejętności. Zapoznałem się także z ofertą sklepu i souvenirów, ale i tutaj wiele do powiedzenia ma IMC. Ciekawe jest, że w znacznej mierze w Portugalii współpracuje się z designerami i projektantami np. biżuterii, którzy tworzą rzeczy inspirowane miejscem. Miałem okazję uczestniczyć w ocenianiu nadesłanych propozycji. Innym ciekawym pomysłem jest seria gadżetów do kolekcjonowania w różnych państwowych muzeach, np. te same (lub podobne) zabawki dla dzieci mają podobny motyw, np. narysowanego króla związanego z danym miejscem. To tak jakby np. zrobić ołówek z Janem III Sobieskim z Wilanowa, Stanisławem Augustem z Łazienek i Zygmuntem III Wazą z Zamku Królewskiego. I wszystkie produkty serii sprzedawać we wszystkich tych miejscach. Tu jest to spowodowane centralnym zarządzaniem przez IMC, ale nie umniejsza to dobrej współpracy między muzeami.

W ‘międzyczasie’ prowadzimy sobie naukowe dyskusje o tutejszej rzeźbie i szkole rzeźbiarskiej. Mafra jest jak włoska enklawa pod tym względem. W bazylice jest wspaniała kolekcja marmurowych rzeźb odkutych przez najlepszych włoskich mistrzów działających ok. 1730 roku, a potem istniała tu słynna szkoła rzeźby prowadzona przez Alessandro Giustiego. Mam szczególną słabość do tej sztuki, wyrafinowanej i bardzo eleganckiej. To zagadnienie jest tu wciąż tematem dyskusji i jako że najważniejsza publikacja jest tłumaczona na angielski mogę i w tym brać udział. Był to również jakiś powód dla którego wybrałem właśnie Mafrę…

Z tej okazji i anegdota na koniec będzie o sztuce. Podczas prezentacji Wilanowa mówiłem nieco o naszej kolekcji sztuki orientalnej i jako przykład pokazałem naszą ulubioną chińską kulę. Następnego dnia Maria Tereza z Działu Edukacyjnego przynosi mi coś, co wygląda jak 2 razy mniejsza wersja naszej kuli (i ma w środku może z 8-10 warstw, choć oczywiście nie sposób policzyć). Mówi mi, że po prostu ma taką w domu i jest to ich ‘rodzinna’ pamiątka. To wspaniały kraj, gdzie ludzie mają chińskie kule w domach, prawda?

Kilka uwag o życiu codziennym w Jukiej

Najbardziej dokuczliwym aspektem pobytu na Wyspach, o czym pisałam już w licznych mejlach i pewnie wiele z Was słyszało, jest pogoda. Nawet jak nie pada, to jest tu tak koszmarnie wilgotno, że chłód czuje się aż w kościach.. Mimo że obiektywnie (znaczy na termometrze) jest całkiem ciepło. Gdy wspomniałam w biurze o naszym mrozie (imponujące -25 w górach!), wśród kolegów rozległ się szmer niedowierzania i ulgi, ale ja naprawdę wiele bym dała za ten suchy mróz. Dni bez migreny mogę policzyć na palcach jednej ręki, mimo że w Polsce nigdy nie miewam tej przypadłości… A poza tym pogoda każdego dnia zaskakuje – budzę się codziennie w wielkim napięciu, co też się dziś z nią będzie działo. To główny powód wszystkich angielskich smoltoków o pogodzie – codziennie niespodzianka i jak tu się nie dziwić. Wcześniej myślałam, że oni tak sobie gadają z grzeczności albo braku lepszych tematów, ale teraz sama zaczynam każdy dzień od podzielenia się moim zdziwieniem „Przecież wczoraj było tak ładnie! A dziś znów będzie mnie bolała głowa…”. Tak, ta pogoda jest naprawdę nieznośna!

Z kurków już się nauczyłam korzystać, choć nadal mi się wydaje, że to jakaś cywilizacyjna pomyłka, do której nikt nie chce się przyznać, dlatego ciągle ją powielają. Nauczyłam się od nowa jeździć na rowerze, choć i tak kilka razy wjechałam na rondo patrząc zupełnie nie w tę stronę co trzeba… Zaczęłam też jakiś czas temu, jeżeli tylko pogoda pozwala, jeździć do pracy rowerem, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zadomowiłam.

Ale już całkiem jak w domu to poczułam się, gdy któregoś dnia wyjątkowo czekałam na autobus. Otóż autobus nie dość, że spóźnił się ponad 10 min., to jeszcze… nie zatrzymał się na przystanku, a którym czekałam, mimo że powinien. Tak, w tym jakże cywilizowanym kraju to też się zdarza! Gospodarze o tutejszych autobusach, choć wydaje się to niewiarygodne, mają zdanie gorsze niż my o PKP.

Z ciekawostek – wszystkie klamki umieszczone są poniżej wysokości biodra, co sprawia, że do każdej trzeba się schylać. Ja nie rozumiem, czemu, oni upierają się, że to norma. Bo jak się niesie dwa kubki z herbatą, to można… otworzyć nogą 😉

A właśnie, herbata – w większości wypadków oczywiście z mlekiem. Nie odważyłam się spróbować…

No i mentalność – mimo że minęło już trochę czasu, wszyscy nadal są szalenie uprzejmi. I to nie tylko w stosunku do mnie. Oni chyba po prostu tak mają. Ale co ciekawe, wcale nie są nachalni, nie starają się pomóc we wszystkim i nieproszeni nie wtrącają się we wszystko. Ich uwagi (i każda rozmowa!) zawsze są konkretne, poukładane, najlepiej w punktach (!), choć nie lubią porównywania do Niemców. Mówią, że przy Niemcach to oni są luzacy 😉 Z reguły nadążam za ich tokiem rozumowania i z jego logiczności czerpię nawet pewną przyjemność.

Z minusów, przynajmniej w mojej ocenie – kraj jest dogłębnie przetworzony przez człowieka, cywilizacja sięga do najgłębszych zakamarków ich życia. Rzeka na odcinku dwudziestu kilku km, które dane mi było poznać na rowerze, w zupełnie nie miejskim rejonie, cały czas przypomina wielkomiejski bulwar. Przyrodnicza atrakcja okolicy, wzgórze Box Hill – ze sklepem, kawiarnią i toaletą na górze. Wieś wygląda jak wielkomiejskie przedmieścia, wszędzie wszystko ciasno poustawiane. Mówią, że jakąś dzicz mają gdzieś tam w okolicach Szkocji, ale to pewnie tylko dlatego, że tam jest zimno i nikt nie chciał tam zostać. Zaczynam rozumieć, co to słowiańska dusza 😉 i tęsknić za praskim brzegiem Wisły…

Czytając ten wpis możesz wygrać cenną nagrodę!

Aby nawiazac kontakt z czytelnikami bloga, postanowilem zadac Wam, Drodzy Czytelnicy, zagadke. Jest to zagadka na serio, na zwyciezce czeka nagroda – niespodzianka z Portugalii. Pierwsze zdjecie przedstawia palac w Sintrze. Pytanie brzmi – do jakiego słynnego obrazu (przynajmniej zdaniem autora tego wpisu) nawiazuje to zdjecie. Odpowiedzi proszę pisac w komentarzach, pierwsza poprawna = NAGRODA! Podpowiedź: nie mam na mysli „Damy z gronostajem” Leonarda.

Sobote spędziłem w miescie Evora, w regionie Alentejo, to ok. 150 kilometrow od Mafry, ale ja lubie się przemieszczac. Miasto jest wpisane na liste UNESCO. Wspaniala katedra, swiatynia z czasow późnorzymskich, piekny uniwersytet, i takie atrakcje jak Kaplica Kości, gdzie sciany sa wylozone ludzkimi koscmi, a dla spotęgowania wrazenia dwa zasuszone trupy wisza u sufitu… Napis przed wejściem glosi „Nasze kosci, które tu spoczywaja, czekaja na Wasze”. O, takie franciszkańskie poczucie humoru. W muzeum miejskim o wyraznie duzych ambicjach swietna wystawa malarstwa portugalskiego XV/XVI wieku, baaardzo zaleznego od wpływów flamandzkich. Poza tym na ekspozycji stalej czasowa wystawa sztuki współczesnej i takie rzeczy jak „w tym miesiącu prezentujemy Wam…” – i tu jakies kuriozum ze zbiorow. Naprawde, niezle.

W poniedziałek byłem w Mafrze jedna z nielicznych osob… Jak wiecie, bardzo malo osob tu pracuje i co chwile jezdza do Lizbony cos ustalac. W Lizbonie znajduja się bowiem „szefowie wszystkich szefow”, czyli te centralne instytuty. Ta centralizacja ma swoje minusy, np. niewazne, ile zarobisz na biletach i tak wrzucasz wszystko do wspolnej kasy, konserwacje robisz, jak w Lizbonie dadza Ci zgode, ludzi i pieniadze, ale tez i plusy – wspolpraca miedzy muzeami państwowymi układa się naprawde dobrze; wyobrazcie sobie, ze nie placi się tu za zdjęcia z innego muzeum i promuje w sklepach produkty i wydawnictwa innych państwowych instytucji.

We wtorek przedpoludnie spędziłem w Sintrze (patrz: zagadka), gdzie w Palacu Narodowym zostalem bardzo milo przyjety przez szefa tamtejszych technikow-konserwatorow, którego poznałem w Mafrze (gdzie przyjechal jako ekspert od konserwacji). Palac – wspanialy, cala Sintra w ogole, wpisana na liste UNESCO jako „krajobraz kulturowy”, jest miejscem jak z bajki, unosi się tu duch romantyzmu z XIX wieku, był tu sam Lord Byron, no i z okien pałaców widac już ocean… Palac w Sintrze niezwykle interesujacy, ma tez naprawde niezla strone internetowa, maja tu zreszta talent do autoreklamy (jesteśmy jedynym oryginalnym sredniowiecznym palacem krolewskim w Portugalii; tylko tu nasze regionalne ciasteczka; halo, halo ta restauracja tak się nazywa, bo tu był Byron itp.). To rodzaj miejsca, gdzie jest wszystko co turyści lubia, a jednoczesnie nie ma straszliwego kiczu i nieznośnego wrazenia turystycznej fabryki sformatowanej pod jakis usredniony gust zwiedzajacych.

Wracjac z Sintry do Mafry mija się kamieniołom, z którego wielkie bloki marmuru transportowano do Mafry na budowe rezydencji. Taki transport opisuje Jose Saramago w książce „Baltazar i Blimunda”, lekturze szkolnej w Portugalii. To najwazniejszy temat przedstawien i lekcji muzealnych w Mafrze, rodzaj ‘przeklenstwa’ bo wszyscy prawie chca tylko isc na lekcje o książce Saramago. Tak naprawde jednak, zeby zrozumiec czym jest Mafra, nalezaloby przetaszczyc przez te wszystkie wzgorza jakis blok marmuru na plecach. Ale to chyba nie jest w programie dla szkol w Portugalii.

Po poludniu we wtorek zas dosc dlugo rozmawiałem z Gabriela (jednym z kilku pracownikow merytorycznych) o stronie internetowej Mafry. Chwalilem się bezczelnie tym, co my mamy i zdecydowanie to robi wrazenie. Ich strona nie będzie tak bogata, ale pomysl maja niezły. Postaram się przekonac ich do kilku naszych pomysłów, glownie do tego, ze strona powinna być dynamiczna. Środa to (wreszcie!) czas mojej prezentacji na temat Wilanowa dla pracownikow merytorycznych Mafry, których jest lacznie… 8!, ale nie jest latwo zeby wszyscy byli w tym samym czasie w Mafrze. Było wiec bardzo kameralnie. Wywiazala się dluga dyskusja (Portugalczycy w ogole lubia rozmawiac)… Wlasciwie mam już pomysły na to, jak możemy pracowac dalej. Widze to w dosc pozytywnych kolorach. Po podzieleniu się moimi pomyslami z zaloga Mafry napisze podsumowanie polowy stazu pod koniec tygodnia.

Na koniec, oczywiście, anegdotka z Portugalii. Czekam w Sintrze na autobus do Mafry, a one tu się troche spóźniają, bo wszyscy się znaja i kierowca czeka na przystanku np. na pana Jose czy pania Marie, bo oni na pewno przyjda, wiec czekam i ja i patrze wokolo. Po przeciwnej stronie sluzba miejska wycina suche galezie z drzew. W pewnym momencie zaczynaja grodzic ‘mój’ przystanek i okolice, faktycznie, tu tez rosna te drzewa z suchymi galeziami. Pod tymi galeziami zas sa ludzie, przystanek i kilka zaparkowanych samochodow, ale ich to nie zraza, w koncu to najwyraźniej nie ich samochody. A te galezie jak je tna po przeciwnej stronie ulicy to one po prostu leca na ziemie… Podejrzewam, ze kilka moglo spasc na te zaparkowane samochody, ale po pierwsze oni tu maja samochody pelne rys i zagniecen i chyba się tym nie przejmuja, poki da się jeździć, a po drugie pan Jose i pani Maria przyszli i pojechałem, nie znając konca tej historii.

Ale takie wyluzowane podejście jest mi bliskie, choc może nie zawsze az w takim stopniu.

Edukacyjnie… czyli co u kogo i czym kto sie chwali

Pomyślałam, że może warto by przeprowadzić małe porównanie edukacyjne. Otóż, działalność edukacyjna Wilanowa i HRP jest zaiste bardzo podobna.

W obu miejscach istnieją podobnie wydzielone „sekcje”: szkoły, dorośli, rodziny z dziećmi. Podobnie ewaluują zajęcia – po każdej sesji nauczyciel wypełnia ankietę, raz w sezonie wszystko zliczają.

Zatrudniają na stałe 8 osób, z czego 4 zajmują się rezerwacją i bezpośrednią obsługą grup („welcome center”). Mają do dyspozycji w pełni wyposażonych 5 sal edukacyjnych (tylko na ich potrzeby), 6 lunch rooms (grupy z reguły skądś tam jadą, dzieciaki przywożą lunche i nie jedzą ich na trwaniku), wspomniane już weclome center (spora sala recepcyjna, gdzie dzieli się grupy, przykleja naklejki zamiast biletów, rozdaje materiały), zewnętrzną firmę rekonstruktorską z pełnym przygotowaniem kostiumowym do prowadzenia zajęć i zastęp freelancerów do bardziej szczegółowych warsztatów. Mają grafika na stanie HRP, spójną linię wizerunkową do wszystkich materiałów z projektowaną dla nich, rozpoznawalną czcionką (z daleka widać, że to HRP, poszczególne pałace rozpoznaje się po kolorach, HCP jest akurat niebieskie). Mają szczegółową ewaluację każdego (!) zadania – zanim zrobi się cokolwiek, trzeba się dokładnie rozliczyć z tego, co się zrobiło do tej pory, dokonując dość surowej oceny i wyciągając konsekwencje. Nie powtarza się nieudanych programów, chyba że jest duża szansa na poprawę.

Nie mają: tak fajnej strony edukacyjnej jak my, e-learningów, multimediów, filmów, kart zadań (ewentualnie jakieś uproszczone dla starszych), elastycznych studentów, którzy uczą tak jak my chcemy. Nie zdążyli wypracować też stałego programu dla rodzin, choć bardzo by chcieli. Nie pracują ze szkołami specjalnymi – większość prowadzących (wszyscy, z którymi rozmawiałam!) nigdy nie mieli do czynienia z grupą niewidomych czy niesłyszących dzieci. Nie mają call center. To, co u nas prężnie się rozwija, a u nich w ogóle nie istnieje, to sekcja zielona. W ogóle nie ruszają edukacyjnie tych hektarów ogródków, które mają dookoła pałacu. Wypytywali mnie też intensywnie o teatr – mają jedno przedtsawienie dla 5-latków, robione przez kobietę z zewnątrz (freelancerka specjalistka od lalek handmade, które wykorzystuje w własnoręcznie wykonanym teatrze cieni) i jedne warsztaty z elementami dramy. Od kilku sezonów nie drukują folderu edukacyjnego („bo i tak wszyscy szukają informacji w internecie…”, względy prestiżowe pominęli). Nie mają tak wielu projektów (a mieli! i tę zmianę poczytują sobie za plus – można pracować spokojniej i lepiej pilnować jakości tego, co się robi).

Wczoraj miałam prezentację naszej wilanowskiej działalności edukacyjnej dla zespłu edukacyjnego z HRP. Chyba trzeba się spodziewać najazdu Anglików w ramach przyszłorocznego Leonarda. Jak zobaczyli nasze multimedia, zzielenieli z zazdrości! Podobnie reagowali na program dla rodzin (naprawdę tak duża grupa osób przychodzi do was regularnie co miesiąc?! i to już drugi rok?!) i teatr.

Hampton Court Palace to największa budowla rezydencjonalna w Wielkiej Brytanii, ma ponad 1500 pokojów (! – tak, półtora tysiąca) i ponad 400 kominów. Edukatorzy przestrzeni mają naprawdę pod dostatkiem. Ale warto wspomnieć, że mimo tych dysproporcji wyrabiamy… połowę ich normy edukacyjnej w przeliczeniu na grupy! Biedni nie mogli się nadziwić, gdzie my te wszystkie grupy wpuszczamy, skoro już u nich jest tłok… 😉

Zdjęcia dzięki uprzejmości HRP.