Znów w muzeum

Poszłam do kopenhaskiego Muzeum Narodowego, tym razem obejrzeć słynny słoneczny powóz. Jest piękny, geometryczna prostota i subtelność idealizuje kształty konia ciągnącego doskonały słoneczny dysk. Nie ma nic zbędnego, zbyt ozdobnego w jego formie. Jest ucieleśnieniem przedmiotu kultu i to w podwójnym znaczeniu. Ma doskonała formę do swojej funkcji, a jego piękno w pełni zasługuje na zachwyt i podziw.

Chciałam też obejrzeć wystawę poświęconą Wikingom, w końcu jestem w Skandynawii, ale tam już nie dotarłam. W sali obok słonecznego powozu, zatrzymała mnie nieznajoma kobieta, nic nie mówiła, nie ruszała się. Tak naprawdę były to szczątki kobiety z epoki brązu. W doskonale zachowanej trumnie, która trochę przypomina czółno wyrzeźbione w pniu drzewa leżały pozostałości ubrań, trochę biżuterii, kości i sczerniała czaszka. Z opisu wynikało, że to około osiemnastoletnia kobieta, miała 160 cm wzrostu. Kiedy wprawiano ją w podróż na tamten świat włożono jej do dębowej trumny kwiaty, naczynie z napojem ze sfermentowanych owoców i zawinięte w tkaninę szczątki wcześniej zmarłego dziecka.

Ekspozycja w tej części muzeum jest bardzo nowoczesna, w sali gdzie znajduje się więcej podobnych szczątków, panuje półmrok, trumny wydają się wisieć w powietrzu i chyba słychać muzykę – chociaż tego nie jestem pewna. Może sama ją sobie dośpiewałam stosownie do nastroju.

Dzięki ascetycznej ekspozycji udało się uniknąć tego dreszczyku, dla jednych niestosownego dla innych emocjonującego – podglądania zmarłych. I nie ma też anonimowości i brutalnego wyjęcia artefaktów z kontekstu i prezentowania ich jako eksponatów, czy może raczej preparatów muzealnych. Chociaż prezentowanie w muzeach szczątków zmarłych i przedmiotów kultu religijnego może być kontrowersyjne – był w USA przypadek, że plemię indiańskie odzyskało mumie przodków. Uważali, że w muzeum dokonuje się profanacji ich świętości (kto pamięta więcej szczegółów ???). Tutaj nie ma nic niestosownego. Zresztą kto miałby się o tę dziewczynę upomnieć? Tylko my pozostaliśmy z jej współplemieńców.

 

Reklamy

Nej, tak. Czyli co Duńczyk ma na języku.

Pamiętacie szwedzkiego szefa z Muppet Show? Tak wiem, że szwedzki, a nie duński, ale bardzo ładnie prezentował to co typowe i dla duńskiej wymowy. Duńczycy mówią nie tak miękko i śpiewnie, ale maestro wygłasza cała gamę głosek zupełnie obcych mojemu uchu, a zadomowionych tutaj.
Wszyscy mówią tu bardzo szybko, naprawdę. Z prędkością karabinu maszynowego wyrzucają z siebie sekwencje dźwięków, które niewiele mi mówią. Pierwszy raz spotykam się z bardzo kłopotliwą sytuacją, kiedy ktoś mi się przedstawia, wymieniamy po angielsku grzecznościowe zwroty, a ja nie wiem jak mój nowy znajomy ma na imię. Wiem, że musiało ono gdzieś paść, ale czy było to Lasse, Olle czy może Hazze – nie jestem w stanie rozpoznać. Sami Duńczycy mówią, że w ich języku najważniejsze są samogłoski, a spółgłoski się w  większości połyka. Smacznego.

Studiowanie słownika niewiele daje, opisy na papierze nijak się mają do tego co słyszysz w potocznej, codziennej mowie. A jak trafiłam na opis zwarcia krtaniowego, odpadłam. Duńskim laryngologiem nie zostanę.  W czasie podróży pociągiem, nie ma co czytać nazw stacji z naszym polskim przywiązaniem do tego, że litera = zawsze ta sama głoska. Dziś pojechałam na spacer do uroczego miasteczka Koge, z „o” przekreślonym: Køge . Okazało się że jest to mniej więcej Koyyyy, z „o” prawie w zaniku, za to „y” wyokrąglonym troszkę i przeciągniętym i szczyptą „i” na końcu. Nie pytajcie kto zjadł „g” i „e”.

Trochę osobliwe jest też duńskie przytakiwanie. Brzmi to mnie więcej tak, jakby mówić amerykańskie „yeah”, ale nie na wydechu, tylko na wdechu. U niektórych ta aklamacja kończy się gwałtownym, słyszalnym wciągnięciem powietrza. Troszkę jakby już, już prawie, się krztusili. Ale nie ma się co dziwić, spróbujcie sami.
Najzabawniejsze jest słowo najprostsze pod słońcem: „tak”. Zawsze kiedy ktoś mi proponuje coś, czego nie chcę powtarzam: nej, tak – nie, dziękuję. Śmieję się do siebie, no bo w końcu nie, czy tak? I przypomina mi się poprzednia dziewczyna mojego sąsiada, która w czasie upojnych nocy zwykła wykrzykiwać: tak, tak, tak! Duńczyk by się uśmiał 😉 Dziękuję!

Muzeum po duńsku?

Zaczyna się jak zwykle, filiżanka kawy i uruchomienie komputera. Potem z pozoru też jest tak samo, przechadzka po pałacu, sprawdzanie w bazie danych, książki – wyszukiwanie informacji. I rozmowy, rozmowy, rozmowy. Rożnica jest w intensywności i okolicznościach zewnętrznych. Przyjechałam tutaj w bardzo gorącym czasie, pojawiłam się w muzeum dosłownie w dniu uruchomienia nowej strony internetowej i w ostatniej fazie wdrażania nowego systemu informacji na ekspozycji, No i jeszcze otwarcie dwóch wystaw, pierwszej dziś, drugiej za dwa tygodnie. Bardzo intensywna praca. W zupełnie naturalny sposób włączyłam się w rozbudowę strony internetowej i opracowywanie wyboru obiektów, o których informacja na ekspozycji będzie poszerzona. Moje spojrzenie świeżym okiem i z zewnątrz, wsparte wiedzą historyczno-sztuczną jest potrzebne i może zaowocować nowymi pomysłami. Wymaga to oczywiście ode mnie ogromnej pracy nad poznaniem zbiorów, bo czym innym jest historyczno-sztuczna ocena wartości artystycznej przedmiotów, a czym innym jest znajomość historii i umiejętność rozpoznania narodowej ikonografii, symboliki, pamiątek narodowych którymi mogą być przecież przedmioty całkiem banalne. Mam przygotować recenzję nowej strony internetowej, która w swojej zawartości i strukturze bardzo różni się od naszej. Jest dużo bardziej powściągliwa, skromniejsza w atrakcje i skupiona niemal wyłącznie na zabytkach. Krótko mówiąc, nie mają tu Muzeum Wirtualnego (co byśmy zrobili bez EG!).

Drugim zadaniem, bezpośrednio dotyczącym komunikacji z publicznością będzie przygotowanie własnego projektu wyboru zabytków, które zostaną włączone do bardzo nowoczesnego systemu informacji na ekspozycji.

Trochę przy okazji, przekopując się przez tutejsze wspaniałe zbiory, tworzę bazę, czy może raczej chmurę danych – takie imaginarium zbiorów Sobieskiego. O tym opowiem jak wrócę, na razie mogę zdradzić, że pierwszy inwentarz kolekcji królewskiej w Rosenborgu jest z 1696 roku, data wygląda znajomo? Przyjeżdżając tutaj wiedziałam o dwóch zabytkach, które bezpośrednio pasują do opisów z naszego inwentarza Sobieskiego. Nie twierdzę, że są te same, ale takie same. Teraz ta chmura przedmiotów dających się porównać i odnieść do opisów zbiorów wilanowskich, znacznie się poszerzyła, znacznie.

Co jeszcze tutaj robię? Obiecano mi, że ponieważ zespół muzeum jest bardzo nieliczny, wszyscy będą musieli włączyć się w finalny etap przygotowania wystawy z okazji 350-lecia wprowadzenia władzy absolutystycznej. Wszyscy – to znaczy też i ja, finalny – znaczy głównie bardzo praktyczne zadania. Zabieram się więc do roboty.

trzymajcie kciuki

Niedzielna wycieczka

Mieszkam w pokoiku na strychu, od wczoraj ciągle mi się wdaje, że ktoś chodzi po dachu tuż nad moją głową, albo puka do okienka. Bać się czy nie bać, oto jest pytanie.

Nie wiadomo właściwie skąd Szekspir znał tragiczną opowieść o duńskim władcy Roryku, Gerwendilu, Horwendilu, Gertrudzie i Amlecie, o morderstwie, zdradzie, szaleństwie, opisaną przez historiografa Saxo Grammatikusa na początku XIII wieku, ale o zamku Kronborg mógł słyszeć od angielskich marynarzy. Zamek, a właściwie dwa, stały na brzegach cieśniny, przez którą przepływały statki wypływające z Bałtyku na szersze wody – do Europy zachodniej i dalej w świat. Opłata za przkroczenie cieśniny trafiała do kiesy duńskich królów. Więc na cyplu wybudowali ogromny zamek. I ten zamek wybrał Szekspir na akcję tragedii Hamleta, i dla niego przejeżdża tu większość turystów. Elsynor, który my znamy z tłumaczenia dramatu to tak naprawdę Helsingor – przylegające do niego miasteczko. Sam zamek Kronborg – chyba największy jaki widziałam, wpisany jest na Listę Światowego Dziedzictwa Unesco. Najpierw był średniowieczną warownią Eryka, potem rozbudowany przez Chrystiana IV, stał się renesansowym zamczyskiem. Niestety od 1785 wykorzystywany tylko na koszary wojskowe, więc dziś w środku hula wiatr. We wnętrzach ustawiono trochę zabytkowych sprzętów i tkanin z różnych miejsc i okresów, ale zdecydowanie za mało, żeby udekorować i wypełnić nieprawdopodobnie duże i wysokie sale o białych ścianach i surowych drewnianych podłogach. Tylko ogrom wnętrz i całego założenia przypomina o królewskim splendorze zamku.

Po takich niedopowiedzianych salach swobodniej hula wyobraźnia. A jeśli niebo szare i ciężkie, morze, które widać tam z prawie każdego okna, jeszcze bardziej szare i jakby z metalu, wiatr dudni i gwiżdże w szparach – wtedy człowiek się ogląda przestraszony za siebie. Bo chyba ktoś mi przemknął za plecami, a gdzieś z oddali słuchać, jakby lament, a może raczej diaboliczny śmiech. A w podziemiach labirynt małych wilgotnych sal, ciemno, tylko czasem słaby płomyk lampy naftowej. Brrryyy, bać się czy nie bać, dać się czy nie dać?   Tak właśnie spędziłam niedzielę.

a gdyby tak, czyli kuratorka rozmarzona

A gdyby tak dziś zacząć kolekcjonowanie zbiorów dla przyszłego muzeum. Co w nim zachować, jak zatrzymać czas poprzez artefakty?

Birgit – kuratorka z muzeum w Zamku Królewskim Amalienborg pokazuje mi zaplamione winem i sosem menu wydrukowane na ozdobnym papierze. Menu kolacji wydanej przez duńską królową  zaledwie w zeszłym tygodniu. Włączone właśnie do zbiorów. Ostatnie nabytki?

Proszę bardzo: suknie królowej Ingrid z lat. 60. i 70. XX w. szyte na  wyjątkowe uroczystości, jej buty do jazdy konnej i do gry w tenisa.  Oglądając te rozmaitości zastanawiam się gdzie jest granica czasowa, granica ważności i powszedniości przedmiotów w zbiorach muzealnych. Bo Amalienborg jest częścią Duńskich Kolekcji Królewskich, tak jak Rosenborg ze swoimi zacnymi pokojami barokowymi i regaliami.

To muzeum mieści się w XVIII-wiecznym założeniu rezydencjonalnym składającym się z 4 pałaców zbudowanych wokół ośmiokątnego placu. W jednym pałacu rezyduje aktualny władca Danii, w drugim przyszły – czyli książę regent, czy też, jak ostatnio, księżniczka regentka, trzeci pałac z zachowanymi wnętrzami rokokowymi służy do reprezentacyjnych spotkań. A w czwartym w latach 60. powstało muzeum.

To pięć prywatnych królewskich pokojów kolejnych władców: Gabinet Chrystiana IX, Salonik Królowej Luizy, Gabinet Fryderyka VIII,  Gabinet Chrystiana X, Gabinet Fryderyka IX. Czyli cały XIX wiek i pierwsze lata XX – zatrzymane w czasie – jak na fotografii.  Wyposażenie wnętrz zostało przekazane muzeum przez rodzinę królewską w komplecie: meble, dywany, zasłony, obrazy, książki, przybory do pisania, zdjęcia i drobiazgi kominkowe, fajki, strzelby, lampy. Pokoje odtworzono w muzeum na podstawie ikonografii we wszystkich szczegółach, wyglądają jakby gospodarz właśnie na chwilę wyszedł. Bardzo rzadko, prawie nigdy nie spotyka się takiego bogactwa i kompletności w dawnych wnętrzach.

Długo rozmawiamy z Birgit i Axelem – kuratorem z Rosenborga – o tym jak kreuje się nastrój wnętrz odpowiedni do epoki, jak poruszyć emocje widzów przychodzących do muzeum, emocje i świadomość które sprawią, że łatwiej oswoją się z muzealnym sposobem opowiadania świata i będą chcięli się w tę opowieść włączyć. Zastanawiamy się też nad tym jak te gromadzone dziś artefakty z codziennego życia przyjmą muzealnicy i publiczność w przyszłości.

A gdyby tak w zakamarkach naszego magazynu znalazły się ranne pantofle Jana III, albo menu z kolacji na cześć ambasadora papieskiego z lutego 1685 roku z plamami wina…

Bombonierka

To był bardzo dobry wybór – Rosenborg.  Zamek był rezydencją królewską do 1710 roku. Zachowały się tutaj historyczne wnętrza od początku XVII do początku XVIII wieku. Później do Rosenborga przeniesiono rokokowe i klasycystyczne wyposażenie i część dekoracji z innego pałacu. Związków i podobieństw z Wilanowem odnajduję coraz więcej. Nawet muzeum zorganizowano tutaj na początku XIX wieku. Pałac jest szkatułką z kosztownościami i skarbami, dosłownie i w przenośni. Zanlazłam tutaj dużo realnych przedmiotów, które odpowiadają wprost temu co jest opisane w wilanowskim inwentarzu z 1696 roku i archiwaliach. Jeszcze więcej jest tu obiektów, które inspirują moje wyobrażenie o kolekcji Sobieskiego i wyglądzie wnętrz Wilanowa w XVII wieku. Ranga duńskiej kolekcji królewskiej, nawet w jej dzisiejszym kształcie, jest taka sama, jaką miały zbiory Sobieskiego.Również wpływy artystyczne są podobne – na pierwszym miejscu niderlandzkie. W odróżnieniu od Wilanowa, inspiracje włoskie i francuskie są tutaj znacznie słabsze. Wynikać to musiało z wysokiego poziomu artystycznego tutejszych twórców. Sobieski i inni polscy królwie musieli zamawiać w europejskich ośrokach artystycznych, sprowadzać artystów do Polski. W XVII i XVIII wieku w Kopenhadze twórcy i warsztaty byli w stanie sprostać potrzebom królewskiego dworu.

Bajeczne wroby ze srebra, jak trzy figury lwów naturalnej wielkości, które są emblematem Danii, to dzieła warsztatu kopenhaskiego.
Najlepsze obrazy XVII i XVIII wieczne – artści duńscy. Oczywiście wpływy Włoch i Francji w szerokim znaczeniu są tu czytelne, ale nie są to bezpośrednie importy artystyczne.
To czego w zbiorach wilanowskich bardzo brakuje, a tutaj ozdabia i dopełnia wnętrza to drobne wyroby ze złota, srebra i kamieni. Przedmioty z kunstkamery dekorują prawie wszystkie wnętrza, w trudnej do oszacowania ilości. Kileichy, szkatułki, klejnoty, chińska porcelana w srebrnych oprawach, pieczęcie z agatu, zestawy toaletowe, nautilusy, figurki z korala, obrazki na kamieniu, wroby z kości słoniowej, woskowe popiersia Fryderyka III i Zofii Amelii naturalnej wielkości i co tylko można sobie wyobrazić. A to co we wnetrzach jest zaledwie wstępem do cudów ze skarbca, z regaliami na czele.
Do sali asamblowej na ostatniej kondygancji pałacu przlegają dwa małe gabineciki – jeden z ekspozycją porcelany – głownie serwisu Flora Danica, drugi jest prawdziwą perełką. Urzadzony na początku XVIII-wieku na wzór Gabinetu Porcelanowego w Charlottenburgu – Gabinet Szklany. Najdelikatniejsze szkło weneckie, rubionwe (flasze takie jak w naszych zbiorach) spiętrzone w małym pomieszczeniu na złoconych konsolkach. Przepych i bogactwo jak we wnętrzu szkatułki z klejnotami, do zawrotu głowy.

Na parterze pałacu jest jedno maleńkie pomieszczenie. Jego dekoracja nie daje mi spokoju, kiedy przypomnę sobie nasz gabinet farfurowy. Tutaj funkcja jest jednoznaczna. I tak sobie myślę -może trzeba się  zastanowić nad różnymi wersjami opowieści o tym po co królowi pokój dekorowany płytkami fajanowymi z Delft.

spacerkiem po Kopenhadze

Życie jest przyjemne. O tym własnie jest Kopenhaga. Klimat tutaj bałtycki, słońce jasne, ale nie grzeje zbyt mocno, zimny morski wiatr, częste zmiany pogody, przelotne deszcze i długie godziny zimnej mżawki. Nie można zapomnieć że gdyby nie morze nie było by portu, gdyby nie port nie było by Kopenhagi.
Podobno to holendrzy wymyślili „przytulność”, ze swoimi kamienicami nad kanałami, dużymi oknami, za którymi tak miło toczy się życie w rodzinnym ciepełku. Tym przjemniejsze, im zimniejszy wiatr i deszcz bardziej zacina. Duńczcy wzieli holenderski przepis na przytulność, zmniejszyli wszystko troszkę i mają tu jeszcze przytulniej. Kopenhaga jest miastem dla ludzi, na ludzką skalę, wszystko tutaj jest w zasięgu spaceru. Ulice w centrum zamienione na handlowo-turystczny deptak jaki znajdziecie w miastach tej części Europy. Tłumny, kolorowy, przyjzany, przepływający lekko. Kawiarnie, bary, kolorowe witryny.
Zachowały się tutaj osie kompozycyjne i widokowe, o które dba się i współcześnie.
W dawnej architekturze pałacowej i miejskiej widać bardzo silne wpływy holenderskie, zwłaszcza renesansu i wczesnego baroku, miejscami przypomina mi się Gdańsk. Kamienice miejskie też powtarzają wzorce niderladzkie. To co typowe dla architektury Kopenhagi, to surowość, czy może raczej skromnosć bioroąca się stąd, że bardzo oszczędnie stosuje się tu ozdoby i ornamenty.
Sam zamek Rosenborg też ma w sobie ten rodzaj prostoty, jest elegancki, wysmukły, główna fasada zwieńczona trójkątną attyką. Zbudowany w pierwszej ćwierci XVII wieku, ale podobno reprezentuje niderlandzki, północny renesans. A jaki park! (ale o tym później)
W architekturze XVIII-wiecznej, zwłaszcza pałacowej, widać wpływy saskie. Co nie jest zaskakujące biorąc pod uwagę fakt, że matka Augusta II była duńską księżniczką, a podobnych związków dynastycznych było więcej.
We współczesnym planowaniu miasta widać dbałość o szczegóły i ostrożne, ale zdecydowanie szczęśliwe połączenia bardzo starego z bardzo nowym. Nie tylko podtrzymuje, ale akcentuje się XVIII-wieczną oś kopozycyjną założenia pałacowego Amalienborg. Centrum założenia jest ośmiokątny plac z czterema pałacami. Oś na jednm końcu otwiera się na „Kościół marmurowy” na planie centralnym, z monumentalną kopułą, na drugin końcu – kanał i współczesny gamch opery na wyspie. Ta opera, jest jak na razie jedynym współczesnym zgrzytem architektonicznym, ale to osobna historia i chodzi w niej o pieniądze.