Post scriptum

Na koniec jeszcze zdjęcie edukacyjnej drużyny z Hampton Court Palace, z którą spędziłam ostatni miesiąc.

Od lewej: Susie (szefowa edukacji Historic Royal Palaces), ja, Daniel (manager edukacji Hampton Court Palace, mój opiekun stażowy), Tracey (rezerwacja), wszechobecny Henryk VIII, Chloe (rezerwacja, sprzęt), Lee (programy dla dorosłych), Katie (manager rezerwacji), Gilly (programy dla szkół i rodzin).

I całkiem bonusowo zdjęcie z wycieczki na… dach! Co prawda, nie tak urzekające jak Wojtkowe z Wersalu, no ale cóż… 😉 Wycieczka wśród kominów była bardzo miłym zwieńczeniem pobytu w HCP, zwłaszcza, że pogoda dopisała niesamowicie, a taki zachód słońca w Anglii to podobno nie lada rzadkość!

The end… of English story!

Chętnych zapraszam na angielską herbatę, więcej zdjęć i więcej wrażeń 🙂

No to jakby już…

Ostatni dzień…
…to właśnie dziś. Kto by pomyślał, że to tak szybko zleci! Trudno mi uwierzyć, że byłam tu cały miesiąc. Ale z drugiej strony zadomowiłam się tak bardzo, jakbym pracowała tu nie miesiąc, ale kilka ładnych lat.

Żeby brytyjskiej tradycji stało się zadość, odbyłam dziś ewaluacyjne spotkanie z Danielem. Omówiliśmy dokładnie przebieg stażu i oba dokumenty, których przygotowanie wyznaczyliśmy jako cele stażu.
Jeden z nich to analiza ich działań edukacyjnych i propozycje, pomysły na pełniejsze przystosowanie do potrzeb różnych niepełnosprawności. Najważniejszym z nich wydaje mi się zaproszenie do współpracy szkół skupionych na wybranych niepełnosprawnościach. Narzędzia są już przygotowane i wykorzystywane w innych aktywnościach, aż proszą się o wykorzystanie i w tym celu.
Drugi to przewodnik dla rodziców i opiekunów dzieci autystycznych. To całkiem spore przedsięwzięcie. Wędrowałam po pałacu (tak długo, jak pozwalały mi ziąb i przeciągi ;)) w poszukiwaniu wszystkich punktów, ktore wymagają opisania. Na tym właśnie polega ten przewodnik – nie na niwelowaniu potencjalnych trudnych miejsc, ale na przygotowaniu rodzica (i za jego pośrednictwem dziecka) na ich obecność. To co dla dziecka autystycznego może być kłopotliwe, dla innych stanowi pewnie nie lada atrakcję – np. śmigające po ścianach Nawiedzonej Galerii cienie królowej, wydobywające się z ukrytych w bramie głośników dźwięki powozów, nawoływań, dziedzińcowego gwaru czy wreszcie, najtrudniejszy chyba punkt – żywe interpretacje historyczne.

Jakkolwiek banalnie to brzmi, znaleźliśmy w tym stażu tak wiele plusów, że aż wydaje się to niewiarygodne. Oni się cieszą, że ktoś zrobił  im kawałek roboty,  ja się cieszę, bo w miesiąc nauczyłam się więcej niż przez ostatni rok studiów. Z ich perspektywy było to nie tylko odkrywanie swoich tajemnic przede mną, ale  jak wielokrotnie podkreślali – świetny wiedzowy transfer, jak najbardziej obustronny, co z kolei mnie bardzo cieszy.  Znalazłam tu grupę naprawdę przyjaźnie nastawionych ludzi, gotowych dzielić się własnym doświadczeniem, ale równie chętnie czerpiących z moich doświadczeń i obserwacji.

Hampton Court słynie…
…podobno z Henryka VIII, jego kuchni, Labiryntu (The Maze) i… przebierańców. W ciągu dnia w królewskich apartamentach można spotkać się osobiście z królem, którego przejście zapowiada wierny poddany, krzycząc i apelując o właściwą postawę i okazanie Jego Królewskiej Mości należnej czci. Król jak to król, wyniośle, z dumą kroczy przez Great Hall, czasem wyda jakiś rozkaz, czasem coś prawie serdecznie zagada… Dookoła niego uwijają się jak w ukropie pozostali dworzanie, spięci, zestresowani królewską obecnością. Gdy tylko król zniknie za rogiem, zaczynają swobodniej oddychać i wracają do normalnego życia – wymieniają kurtuazyjne uwagi, ale i spierają się, przekrzykują, dyskutują.
Przebierańcy wyglądają nadzwyczaj wiarygodnie, ich stroje (tak jak i zachowanie) są zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach i wykonane zadziwiająco precyzyjnie. Nie ma w nich ani grama umowności, one udają oryginał! To goście zdają się nie przystawać do pałacowej rzeczywistości, interpretatorzy są jak najbardziej na miejscu! Swtarza to dość niezwykłą relację między pałacem, gośćmi i „mieszkańcami”. Goście trzymają się jakby bliżej ścian, są bardziej obserwatorami niż domownikami, „tak naprawdę” nie ma ich w pałacu. Choć granica jest bardzo cienka – nigdy nie wiadomo, czy gość również nie zostanie włączony w ten performance: wyrwany do odpowiedzi przez króla czy zaangażowany w ceremoniał.

Access – perspektywa patrzenia
Tematyka przystosowania pałacu do różnych potrzeb jest tu traktowana naprawdę szeroko. Prawie w ogóle nie mówi się o pojedynczych niepełnosprawnościach, ale o globalnej dostępności pałacu, który ma być tak samo przygotowany na wizytę matki z dzieckiem w wózku, osoby słabowidzącej, jak i osoby w podeszłym wieku z trudnościami w poruszaniu się. Osoba na wózku nie wzbudza tu najmniejszych emocji, nikt nie traktuje jej w żaden szczególny sposób – po prostu ma tutaj takie same możliwości jak inni.

Co widziałam, z kim rozmawiałam
Z uwagi na tę globalność i szerokość zagadnienia miałam okazję poprzyglądać się pracy baaardzo wielu osób i z baaardzo wieloma osobami porozmawiać. Nie ma sensu streszczać tu wszystkich rozmów, ale może warto wskazać choć ogólnie zakresy tematyczne, w których się poruszałam. Były to:  dostępność (przystosowanie – fizyczne, informacyjne), działalność edukacyjna, projekty dla społeczności lokalnych i grup wykluczonych, Access Panel (forum osób niepełnosprawnych pracujących na rzecz HRP), promocja zagadnień dostępowych i wydarzeń edukacyjnych, ustawodawstwo w zakresie dostępności budynków zabytkowych, oprowadzania dla niesłyszących, audiodeskrypcja (w postaci audioguide’a, jak i wolontariuszy, którzy opisują pomieszczenia na żywo), praca wolontariuszy, rezerwacja, obsługa publiczności, strażnicy („warders” – grupa o całkowicie odmiennych kompetencjach i zadaniach niż w większości polskich muzeów! We wszystkich muzeach, które tu odwiedziłam, w tym również w Windsorze, wardersi – czyli nasi opiekunowie ekspozycji – są przygotowywani do udzielania szczegółowych informacji o budynku i ekspozycji, a także do rozwiązywania różnych niestandardowych sytuacji).

Wszystkie te zagadnienia były rozpatrywane na przykładzie całego Historic Royal Palaces, jako że wielu  pracowników  pracuje krzyżowo dla kilku pałaców. Oczywiście najwięcej zobaczyłam na przykładzie Hampton Court,  ale w zasięgu wzroku miałam też Tower of London i Kensington Palace.

A nauki z tego płynące…
Często pytacie mnie, czy nie tęsknię albo czy mi smutno wracać. Trochę mi smutno. Najważniejsza nauka płynąca z tego wyjazdu jest taka, że – zapominając na chwilę o skali tego wszystkiego – możliwości mamy naprawdę podobne. Nie ma tu nic więcej, czego i my byśmy nie mieli lub nie mogli mieć niewielkim nakładem. Zasadnicza różnica leży wg mnie w organizacji. Polski system pracy nadal jest mniej wydajny, mniej efektywny (za to jak efektowny!), przez co i straty w trakcie są większe.  Tu wszystko przemyślane jest globalnie, od koncepcji do szczegółu, nie ma miejsca na spontan, fantazję i improwizację. Zaskoczony efektem jest tylko odbiorca, nigdy twórca.

W Hampton Court pracuje na stałe 180 pracowników, w tym kilkudziesięciu wardersów. W Wilanowie – 140 (bez opieki ekspozycji). W pałacu Hampton Court mają rocznie blisko 700.000 gości, w Wilanowie – 130.000. Edukacja w Hampton Court to 7 stałych pracowników (z czego trzy prowadzą centrum rezerwacyjne) i 80.000 uczniów, w Wilanowie – 11 stałych pracowników i blisko 40.000 uczniów. Oczywiście i tu, i tu zatrudnia się całe rzesze dodatkowych osób na inne rodzaje umów.

I jeszcze jeden powód mojej zazdrości – przestrzeń. Tej mają naprawdę zadziwiająco wiele. Choć oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia i już coś powoli przebąkują, że mogliby mieć więcej lunch roomów dla grup szkolnych.
Edukacja mieści się w Clore Learning Centre – centrum ufundowanym przez pana Clore 😉 Kilka lat temu (2006?) z wielką pompą, w obecności księcia Karola otwarto kompleks biur, pomieszczeń  warsztatowych, przestrzeni wystawowej, lunch roomów i powierzchni magazynowych na wyłączny użytek edukacji. Raz że wpływa to z pewnością na frekwencję, dwa – znacząco podnosi komfort pracy. Ale z takiego molocha pewnie łatwiej wygospodarować kawałek powierzchni…

Jasne, jest też parę słabości tego doskonałego brytyjskiego systemu – na wszystko mają druczek, ewaluują najmniejsze zdarzenie, co może być dość upierdliwe (ale oni chyba nawet to polubili). „Spotkaniowy” system pracy – „szybkie” update’y i briefy ze wszystkiego – sprawia czasem wrażenie braku czasu na… pracę.

Obawiam się, że po tym stażu wrócę jeszcze bardziej zorganizowana niż zwykle – o ile to możliwe… 😉 Gdy można tak namacalnie przekonać się, ile korzyści z tego płynie, trudno nie przyznać racji. Polecam każdemu takie doświadczenie!

A na koniec kilka fotografii podsumowujących staż:

Król (oczywiście Henryk VIII!) wraz z małżonką (trudno dociec, którą) zapraszają gości do wspólnej biesiady. Żeby tylko nie podpaść królowi, żeby tylko nie podpaść…

Słynny Labirynt Hampton Court Palace. Nikt nie wie, ile trwało najdłuższe „zwiedzanie”…Tak wygląda agenda zwykłego roboczego spotkania edukatorów z HRP. Porządek jak w NASA albo innym centrum dowodzenia światem! A co najdziwniejsze, realizacja idealnie pokryła się z planem!

W kuchni zawsze pali się ogień… I choć nie zawsze jest tam co zjeść, to w czasie tych wietrznych i ponurych dni miło się tam po prostu ogrzać.

W tle brama główna pałacu, po lewej budynki tzw. baraków (a może raczej koszarów) – kiedyś mieszkali tu żołnierze, dziś urzęduje tu głównie edukacja (wejście z drugiej strony).

Edukacyjne centrum powitalne – duża sala, w której na co dzień zaczynają swoją przygodę z pałacem wszystkie grupy szkolne, ale organizowane są tu także wystawy, otwarte warsztaty dla rodzin, spotkania dyskusyjne…

Jedna z sal edukacyjnych, a w niej wszystko pod ręką: szafy z narzędziami, rekwizytami, strojami, stoliki, krzesełka, toaleta (przystosowana), bardzo fajny ekran, na którym można pokazywać zdjęcia i po którym jednocześnie można mazać kolorowymi flamastrami…

Przedstawienie All the King’s Fools (Wszyscy błaźni króla) w wykonaniu trupy teatralnej złożonej z profesjonalnych aktorów i „naturalnych głupców”  (dorosłych z niepełnosprawnością intelektualną) – opowiadające historię poszukiwania królewskich błaznów i prezentujące ich umiejętności. W przedstawieniu brała też udział tłumaczka języka migowego (widoczna po lewej).

Spotkanie z duchem, czyli kolejne ciekawostki kulturowe

Najbardziej niesamowitej miałam okazję doświadczyć w piątkowy wieczór, który również postanowiłam spędzić w pracy. Otóż, brałam udział w Ghost Tour – organizowanym prawie co tydzień nocnym zwiedzaniu pałacu, w czasie którego niemal wszyscy liczą na spotkanie z duchem. W pałacu jest ich do wyboru, do koloru, cały katalog niesamowitych postaci. I drugi fascynujący katalog osób, które przeżyły spotkanie z tymi pierwszymi. 

W czasie wycieczki (tym razem mieliśmy nawet pełnię księżyca!) strażniczka prowadziła gości w miejsca, w których spotkano duchy, opowiadała historię każdego z nich. Pokazywała drzwi, które się samoczynnie kilkakrotnie otwierały, co zarejestrowały kamery przemysłowe. W kulminacyjnym momencie opowieści drzwi oczywiście znów otworzyły się z hukiem. Tym razem za nimi można było zobaczyć innego strażnika z groźną miną 😉 Ale goście podskoczyli z wrażenia naprawdę wysoko (no dobra, sama też podskoczyłam). Klimatu dopełniają tu i ówdzie powymieniane żarówki – w noc duchów świecą na niebiesko lub w ultrafiolecie.

Finałowym numerem Ghost Tour jest przejście przez Nawiedzoną Galerię – w co najwyżej trzyosobowych zespołach. Standardowe światła są oczywiście pogaszone, jest za to wiele kandelabrów imitujących migotliwe świece. Zadbano o efekty akustyczne w postaci szalejącego wichru, trzeszczących drzwi i podłóg. Po ścianach snują się cienie, bynajmniej nie nasze. Ci, co przeżyją, lądują w równie ciemnym i niezwykłym o tej porze dnia (a w zasadzie nocy!) Great Hall, gdzie mają okazję wypytać strażniczkę o szczegóły opowieści i posłuchać nocnych dźwięków pałacu.
Z tegoż tematu nie należy w UK zbyt głośno żartować – grupa liczyła ok. 30 osób, z czego znacząca większość zadeklarowała śmiertelnie poważną wiarę w duchy. Jedynie kilka osób podniosło rękę w kategorii „nie mam pewności, przyszedłem, żeby się przekonać”. Ja starałam się nie wyrywać. Każdy pałac i zamek w UK ma swojego ducha. W najsłynniejszych wycieczki z duchami to standard. Na stronie HRP jest cały dział poświęcony duchom i innym osobliwościom. To takie angielskie… 😉

Inna sprawa to emcjonalność Anglików. Słyszałam kiedyś o ich flegmatyczności, ale teraz już rozumiem, w czym rzecz. Przykład z wczoraj: autobus (tak, kolejna przygoda z autobusem! Nie miałam ani jednej podróży bez przygód!) spóźnił się dobrze ponad godzinę. Na przystanku masa zmarzniętych, zniecierpliwionych ludzi, którzy wchodząc do tego spóźnionego autobusu, całkiem grzecznie mówią kierowcy „dzień dobry” i bez szemrania zajmują miejsca. Niektórzy nawet się uśmiechają. No dobra, dwie Japonki na przystanku trochę ponarzekały, że spada standard obsługi tej linii. Ale wyobrażacie sobie w tej sytuacji Polaków? Ja na miejscu tego kierowcy, w Polsce, chyba wolałabym już wcale nie przyjechać…

Za to cała ich emocjonalność skierowana jest w wypowiadane z zaskakującą emfazą „heeee-llou” i „hooooow aaaaare youuuuu”. Przez pierwszych parę dni przyglądałam się z niedowierzaniem, że można az tak cieszyć się na widok kolegi z pracy czy pani w sklepie. Teraz robię już prawie to samo (przynajmniej się staram), żeby nikogo nie urazić moim brakiem radości 😉

Zdjęcia dzięki uprzejmości HRP

Kilka uwag o życiu codziennym w Jukiej

Najbardziej dokuczliwym aspektem pobytu na Wyspach, o czym pisałam już w licznych mejlach i pewnie wiele z Was słyszało, jest pogoda. Nawet jak nie pada, to jest tu tak koszmarnie wilgotno, że chłód czuje się aż w kościach.. Mimo że obiektywnie (znaczy na termometrze) jest całkiem ciepło. Gdy wspomniałam w biurze o naszym mrozie (imponujące -25 w górach!), wśród kolegów rozległ się szmer niedowierzania i ulgi, ale ja naprawdę wiele bym dała za ten suchy mróz. Dni bez migreny mogę policzyć na palcach jednej ręki, mimo że w Polsce nigdy nie miewam tej przypadłości… A poza tym pogoda każdego dnia zaskakuje – budzę się codziennie w wielkim napięciu, co też się dziś z nią będzie działo. To główny powód wszystkich angielskich smoltoków o pogodzie – codziennie niespodzianka i jak tu się nie dziwić. Wcześniej myślałam, że oni tak sobie gadają z grzeczności albo braku lepszych tematów, ale teraz sama zaczynam każdy dzień od podzielenia się moim zdziwieniem „Przecież wczoraj było tak ładnie! A dziś znów będzie mnie bolała głowa…”. Tak, ta pogoda jest naprawdę nieznośna!

Z kurków już się nauczyłam korzystać, choć nadal mi się wydaje, że to jakaś cywilizacyjna pomyłka, do której nikt nie chce się przyznać, dlatego ciągle ją powielają. Nauczyłam się od nowa jeździć na rowerze, choć i tak kilka razy wjechałam na rondo patrząc zupełnie nie w tę stronę co trzeba… Zaczęłam też jakiś czas temu, jeżeli tylko pogoda pozwala, jeździć do pracy rowerem, co sprawiło, że jeszcze bardziej się zadomowiłam.

Ale już całkiem jak w domu to poczułam się, gdy któregoś dnia wyjątkowo czekałam na autobus. Otóż autobus nie dość, że spóźnił się ponad 10 min., to jeszcze… nie zatrzymał się na przystanku, a którym czekałam, mimo że powinien. Tak, w tym jakże cywilizowanym kraju to też się zdarza! Gospodarze o tutejszych autobusach, choć wydaje się to niewiarygodne, mają zdanie gorsze niż my o PKP.

Z ciekawostek – wszystkie klamki umieszczone są poniżej wysokości biodra, co sprawia, że do każdej trzeba się schylać. Ja nie rozumiem, czemu, oni upierają się, że to norma. Bo jak się niesie dwa kubki z herbatą, to można… otworzyć nogą 😉

A właśnie, herbata – w większości wypadków oczywiście z mlekiem. Nie odważyłam się spróbować…

No i mentalność – mimo że minęło już trochę czasu, wszyscy nadal są szalenie uprzejmi. I to nie tylko w stosunku do mnie. Oni chyba po prostu tak mają. Ale co ciekawe, wcale nie są nachalni, nie starają się pomóc we wszystkim i nieproszeni nie wtrącają się we wszystko. Ich uwagi (i każda rozmowa!) zawsze są konkretne, poukładane, najlepiej w punktach (!), choć nie lubią porównywania do Niemców. Mówią, że przy Niemcach to oni są luzacy 😉 Z reguły nadążam za ich tokiem rozumowania i z jego logiczności czerpię nawet pewną przyjemność.

Z minusów, przynajmniej w mojej ocenie – kraj jest dogłębnie przetworzony przez człowieka, cywilizacja sięga do najgłębszych zakamarków ich życia. Rzeka na odcinku dwudziestu kilku km, które dane mi było poznać na rowerze, w zupełnie nie miejskim rejonie, cały czas przypomina wielkomiejski bulwar. Przyrodnicza atrakcja okolicy, wzgórze Box Hill – ze sklepem, kawiarnią i toaletą na górze. Wieś wygląda jak wielkomiejskie przedmieścia, wszędzie wszystko ciasno poustawiane. Mówią, że jakąś dzicz mają gdzieś tam w okolicach Szkocji, ale to pewnie tylko dlatego, że tam jest zimno i nikt nie chciał tam zostać. Zaczynam rozumieć, co to słowiańska dusza 😉 i tęsknić za praskim brzegiem Wisły…

Edukacyjnie… czyli co u kogo i czym kto sie chwali

Pomyślałam, że może warto by przeprowadzić małe porównanie edukacyjne. Otóż, działalność edukacyjna Wilanowa i HRP jest zaiste bardzo podobna.

W obu miejscach istnieją podobnie wydzielone „sekcje”: szkoły, dorośli, rodziny z dziećmi. Podobnie ewaluują zajęcia – po każdej sesji nauczyciel wypełnia ankietę, raz w sezonie wszystko zliczają.

Zatrudniają na stałe 8 osób, z czego 4 zajmują się rezerwacją i bezpośrednią obsługą grup („welcome center”). Mają do dyspozycji w pełni wyposażonych 5 sal edukacyjnych (tylko na ich potrzeby), 6 lunch rooms (grupy z reguły skądś tam jadą, dzieciaki przywożą lunche i nie jedzą ich na trwaniku), wspomniane już weclome center (spora sala recepcyjna, gdzie dzieli się grupy, przykleja naklejki zamiast biletów, rozdaje materiały), zewnętrzną firmę rekonstruktorską z pełnym przygotowaniem kostiumowym do prowadzenia zajęć i zastęp freelancerów do bardziej szczegółowych warsztatów. Mają grafika na stanie HRP, spójną linię wizerunkową do wszystkich materiałów z projektowaną dla nich, rozpoznawalną czcionką (z daleka widać, że to HRP, poszczególne pałace rozpoznaje się po kolorach, HCP jest akurat niebieskie). Mają szczegółową ewaluację każdego (!) zadania – zanim zrobi się cokolwiek, trzeba się dokładnie rozliczyć z tego, co się zrobiło do tej pory, dokonując dość surowej oceny i wyciągając konsekwencje. Nie powtarza się nieudanych programów, chyba że jest duża szansa na poprawę.

Nie mają: tak fajnej strony edukacyjnej jak my, e-learningów, multimediów, filmów, kart zadań (ewentualnie jakieś uproszczone dla starszych), elastycznych studentów, którzy uczą tak jak my chcemy. Nie zdążyli wypracować też stałego programu dla rodzin, choć bardzo by chcieli. Nie pracują ze szkołami specjalnymi – większość prowadzących (wszyscy, z którymi rozmawiałam!) nigdy nie mieli do czynienia z grupą niewidomych czy niesłyszących dzieci. Nie mają call center. To, co u nas prężnie się rozwija, a u nich w ogóle nie istnieje, to sekcja zielona. W ogóle nie ruszają edukacyjnie tych hektarów ogródków, które mają dookoła pałacu. Wypytywali mnie też intensywnie o teatr – mają jedno przedtsawienie dla 5-latków, robione przez kobietę z zewnątrz (freelancerka specjalistka od lalek handmade, które wykorzystuje w własnoręcznie wykonanym teatrze cieni) i jedne warsztaty z elementami dramy. Od kilku sezonów nie drukują folderu edukacyjnego („bo i tak wszyscy szukają informacji w internecie…”, względy prestiżowe pominęli). Nie mają tak wielu projektów (a mieli! i tę zmianę poczytują sobie za plus – można pracować spokojniej i lepiej pilnować jakości tego, co się robi).

Wczoraj miałam prezentację naszej wilanowskiej działalności edukacyjnej dla zespłu edukacyjnego z HRP. Chyba trzeba się spodziewać najazdu Anglików w ramach przyszłorocznego Leonarda. Jak zobaczyli nasze multimedia, zzielenieli z zazdrości! Podobnie reagowali na program dla rodzin (naprawdę tak duża grupa osób przychodzi do was regularnie co miesiąc?! i to już drugi rok?!) i teatr.

Hampton Court Palace to największa budowla rezydencjonalna w Wielkiej Brytanii, ma ponad 1500 pokojów (! – tak, półtora tysiąca) i ponad 400 kominów. Edukatorzy przestrzeni mają naprawdę pod dostatkiem. Ale warto wspomnieć, że mimo tych dysproporcji wyrabiamy… połowę ich normy edukacyjnej w przeliczeniu na grupy! Biedni nie mogli się nadziwić, gdzie my te wszystkie grupy wpuszczamy, skoro już u nich jest tłok… 😉

Zdjęcia dzięki uprzejmości HRP.

Wieści z placu… stażu

Powoli trawię informacje, które lawinowo spadły na mnie do tej pory – przeglądam materiały, notatki ze spotkań, porządkuję wątki i szukam w nich odpowiedzi na pytania, które postawiłam na początku stażu i które wyłaniają się każdego dnia.

Codziennie uczestniczę też w zajęciach edukacyjnych, oglądając je pod kątem dostępności. To jedno z moich stażowych zadań – sporządzenie raportu z ich przystosowania do potrzeb różnych niepełnosprawności wraz z propozycją pełniejszego przystosowania.

Czas może na krótkie resume tematu przewodniego – dostępności pałacu do potrzeb gości niepełnosprawnych.

Wszelka dostępność w Hampton Court Palace, jak i całym HRP, opiera się głównie na informacji – podanej w odpowiedni sposób, w odpowiednim miejscu, z odpowiednim wyprzedzeniem. Jestem pewna, ze informowanie stanowi priorytet – nawet przed tworzeniem nowych rzeczy i walką o frekwencję. Choć jedno z drugim się łączy – w zeszłym tygodniu przyjechała ulotka z programem dla dorosłych, rozpisanym na… cały rok z góry. Wyobrażacie sobie, jak wielką silę ma taki plan i prezentująca go broszura?

Dokładnie tak samo wygląda sprawa ze wszystkimi aspektami dostępności – mówi się o rzeczach niemal oczywistych, które jednak z perspektywy osoby z jakąkolwiek niepełnosprawnością stanowią o ‘być albo nie być’ jej wizyty w tym miejscu. HRP dba o to, żeby przed każdą wizytą można było dowiedzieć się jak najwięcej, na możliwie wiele tematów. Nikt nie boi się, że pokazanie zdjęć czy scenariuszy zajęć zniechęci kogokolwiek do prawdziwych odwiedzin i realnych przeżyć. Daje za to możliwość wyboru najodpowiedniejszych zajęć, najodpowiedniejszej pory, najodpowiedniejszej ścieżki zwiedzania i całej masy innych szczegółów, które dla wielu gości w praktyce okazują się bardzo istotne.

Wszystkie udogodnienia podzieliłabym na trzy grupy:

Udogodnienia fizyczne
– windy i rampy – tak! HC, mimo ze to pałac z XVI wieku, ma windy! I oba poziomy są dostępne dla wózków! We wszystkich newralgicznych miejscach ułożone są rampy. Całość gwarantuje pełną niezależność osobie poruszającej się na wózku wewnątrz pałacu;
– pętla indukcyjna – która wzmacnia odbiór aparatów słuchowych;
– rozmieszczone na trasie zwiedzania obiekty do oglądania dotykowego.

Udogodnienia informacyjno-komunikacyjne
– oprowadzania w języku migowym;
– oprowadzania deskrypcyjne (dla niewidomych i słabowidzacych);
– audioguidy ze ścieżką audiodeskrypcyjną;
– materiały w Braille’u i druku powiększonym;
– mapa (w przygotowaniu) pokazująca trasę (nieco różną od standardowej) dla gości na wózkach – miałam nawet okazję pracować nad nią na końcowym etapie opracowania;
– informacja, informacja, informacja – na stronie, na ulotkach, przekazywana przez obsługę.

Przeszkolenie obsługirampa1
– większość pracowników pierwszego kontaktu z gośćmi przeszła szkolenie ‘Disability Awarness Training’ (‘szkolenie podnoszące świadomość o niepelnosprawnosciach’) – jako jedno z wielu szkoleń… Dzięki temu wie, jak zaoferować pomoc osobie niepełnosprawnej i jak ewentualnie tej pomocy udzielić.

Wszystkie powyższe udogodnienia dotyczą głównie gości indywidualnych. Zdarzają się grupy niepełnosprawnych doroslych, które korzystają na przykład z oprowadzania audiodeskrypcyjnego, ale nie ma tu prawie wcale grup z jakichkolwiek szkół  specjalnych. Państwo kładzie ogromny nacisk na integrację, w związku z czym rodzice dzieci z niepełnosprawnościami umożliwiającymi funkcjonowanie w szkole powszechnej, częściej taką szkołę wybierają.

Natomiast HCP w ogóle nie pracuje ze szkołami specjalnymi! Szkoły specjalne nigdy nie zgłaszały się do muzeum, a muzeum o nie nie pytało – mimo że w programie „Outreach & Community Involvment” wychodzą do innych grup wykluczonych. Większość pracowników w ogóle nie jest świadoma faktu istnienia szkół specjalnych! Byli bardzo zdziwieni, że my mamy do czynienia np. z grupami niesłyszącej czy niewidomej młodzieży…

Co za tym idzie, w ofercie edukacyjnej HCP nie ma żadnych ‘zajęć specjalnych’. Ma to też związek z systemowym unikaniem jakiejkolwiek dyskryminacji. Po prostu w procesie rezerwacyjnym zawsze pada pytanie o Special Educational Needs (specjalne potrzeby edukacyjne) i na podstawie tak uzyskanej informacji dobiera się najtrafniejszą ofertę. Jeżeli w danej grupie jest więcej dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi, grupę przejmuje bardziej wykwalifikowany pracownik i przygotowuje sesję indywidualną, dostosowaną do potrzeb akurat tej grupy. Najczęściej zalicza się tu grupy dzieci z trudnościami w nauce.

Nad przystosowaniem pałacu pracuje wiele osób w wielu działach. Osobą koordynującą te działania jest ‘Customer Relations Manager’ – odpowiedzialna za caloksztalt kontaktów z gośćmi. Oprócz tego tą dziedziną zajmuje się także wielu pracowników w innych działach – nie jako specjalnym zagadnieniem, ale w trakcie pracy nad innymi zadaniami.

Przystosowaniem pałacu zajmuje się również ‘Access Panel’ – grupa osób niepełnosprawnych wybranych w drodze rekrutacji, która spotyka się raz w miesiącu i dyskutuje nad różnymi możliwościami podniesienia dostępności pałacu. Opiniuje też bieżące wydarzenia czy przygotowanie materiałów informacyjnych. O szczegółach opowiem później, jako że jutro będę w takim spotkaniu uczestniczyła.

londyński dzień

Miejsca
Dzisiejszy dzień był niemożliwie wyczerpujący. Zaczął się bladym (a w zasadzie różowym) świtem podróżą do Londynu. To był ten moment, żeby przekonać się, jak dobrze wybrałam, jeśli chodzi o zakwaterowanie. W pociągu tłok, w metrze akurat pożar i zamkniętych kilka stacji, w przejściu rzeka ludzi… Nie, miesiąc dojeżdżania z Londynu do Hampton Court mógłby mnie wykończyć…

Tower BridgeNa bulwarze
Pobyt rozpoczęłam od kawy na bulwarze między Tower a Tamizą – w pięknym wiosennym słońcu, bez gwaru i tłoku (turystów o tej porze jak na lekarstwo, nie licząc obecnych całą dobę Japończyków i grupy… polskiej; ci też są już wszędzie, nie wiem, czy miałam dziś chociaż z pół godziny bez ojczystej mowy…).

Tower
A potem spotkanie z pracownikiem Tower of London – autorem przewodnika dla rodziców dzieci autystycznych, który to przewodnik był głównym celem naszego spotkania. Przewodniki takie powstały już dla Tower i Kensington Palace. Mój stażowy opiekun zaproponował, abym spróbowała zmierzyć się z realizacją analogicznego przewodnika dla Hampton Court. A ja wyzwanie podjęłam 🙂 Dziś w czasie rozmowy z pomysłodawcą i jednym z realizatorów projektu miałam okazję dopytać o szczegóły przedsięwzięcia.
W czasie tej rozmowy poruszyliśmy też kwestię jego głównego zadania, którym są „outreach community” – projekty dla osób, które same z siebie nigdy by do muzeum nie przyszły, z powodów: socjalnych/socjologicznych, kulturowych, fizycznych i finansowych. W Historic Royal Palaces pracuje sztab ludzi (we wszystkich pałacach ok. 20), którzy zajmują się głównie aktywizacją tych osób i ułatwianiem im dostępu. To naprawdę temat na długi artykuł – rodzaje barier, które trzeba znosić, sposoby zachęcania do odwiedzenia muzeum, traktowanie muzeum jako wspólnego dobra narodowego, które powinno być dostępne w równym stopniu dla wszystkich… Z czego fizyczna dostępność to jeden aspekt, ważny, ale nie pierwszorzędny (BTW w Tower oczywiście nie wszędzie da się wjechać na wózkach – średniowieczne kręte i ultrawąskie klatki schodowe nie pozostawiają złudzeń co do ewentualnego dostosowania).
Potem miałam jeszcze okazję wypytać bardziej ogólnie o edukację w Tower szefa edukacji. Zabawne, wielokrotnie podkreślał, że padli ofiarą swojej własnej popularności i „highlightowości” – prawie nikt nie przychodzi do nich dwa razy, dzieciaki i nauczyciele nie chcą warsztatów w sali edukacyjnej (a mają ich aż cztery), bo chcą w Tower, zewnętrza firma, która dla nich te warsztaty robi (nota bene ta sama co w HC), zdziera z nich niemiłosiernie – wyszkoliła się na Tower i teraz jest bezkonkurencyjna… Wiele było takich przykładów.
Odpowiadając Olu na Twoje pytanie: tak, robią na tę firmę przetarg, ale firma niemal nie ma konkurencji, obsługuje już większość miejsc w kraju (!). Przetargi rozpisują tak, że najważniejszym kryterium jest jakość, kontrakty podpisują na 3 lata. Ale za to nie robią już żadnych szkoleń, rekrutacji, nie zajmują się przewodnikami – ta firma zapewnia im całą „żywą” obsługę grup.

Partnerzy stażu
Cudowne jest to, jak jestem tam przyjmowana – wszyscy wszystko wiedzą o moim pobycie i jego celu, wszyscy mają czas, bardzo się cieszą, że kogoś interesuje ich praca i mogą się podzielić doświadczeniem, z zainteresowaniem wypytują o moje muzeum (znają nawet co nieco ARRE, a przez to mniej więcej kojarzą i Polskę), odsyłają do kolejnych osób, które akurat o tym wiedzą więcej, udostępniają wszystkie materiały… I cały czas traktują jak swoją, czego apogeum doświadczyłam po południu.

Westminister Abbey
Po spotkaniach w Tower pojechałam obejrzeć Westminster Abbey, którego nie udało mi się zwiedzić w zeszłym roku i bardzo żałowałam. Ech.. To jest coś! Wielgachny kościół cały zrobiony z koronki! Pochowano w nim najdłużej żyjącego Anglika (ever! – 150 lat!) oraz pana, który jako pierwszy zaczął używać parasolki (że koronowali tam i chowali królów – wszyscy wiedzą…).

Kensington Palace
A potem zdążyłam jeszcze do Kensington Palace – to kolejny z pięciu obiektów należących do Historic Royal Palaces (HRP – radzę zapamiętać, bo kolejny raz już chyba nie użyję pełnej nazwy…). Budynek i najbliższe ogrody są w fazie totalnej reorganizacji. Połowę wnętrz zamknęli, za to w drugiej uruchomili wystawę… na pocieszenie 🙂 Pałacowy quest o poszukiwaniu 7 księżniczek – dla dużych i małych, w magicznej atmosferze, pełnej wróżek, cieni, niezwykłych szaf, białych śladów stópek na podłodze, latających sukien, drzew, wycia wilków, innych niezwykłych odgłosów dobywających się z najmniej oczekiwanych miejsc, muzyki, świateł (głównie niebieskiego)…
Wchodząc, pokazałam jednej pani moją kartę z HRP. Uśmiechnęła się i poszłam dalej. Parę kroków dalej jakiś zgapiony pan chciał mnie poprosić o bilet. Poprzednia pani krzyknęła tylko: „puść ją, ona u nas pracuje!”. Wymowne, prawda? 🙂 I szalenie miłe. To nic, że to był mój pierwszy raz w Kensington…

Język
Mój język nie jest przezroczysty, owszem, zatrzymuje na sobie uwagę. Czasem muszę pytać „ale co to znaczy?”, żeby na przykład dowiedzieć się, że moje niezrozumienie wcale nie wynika z niezrozumienia poszczególnych słów, ale z nieznajomości desygnatu – tak jak z tymi „outreach community”, nigdy wcześniej po prostu czegoś takiego nie spotkałam. Czasem jest zabawnie, czasem muszę o coś ze dwa razy dopytać, ale muszę przyznać, że jestem z siebie dumna – rozmawianie z Angolami i rozumienie ich przychodzi mi w miarę sprawnie. Obawiałam się legendarnego już „plucia”, tych historii o angielskim europejskim i angielskim brytyjskim, które ponoć się nijak do siebie mają. Naprawdę da się z nimi żyć 🙂 Uzyskuję każdą informację, której potrzebuję, więc przykładając miarkę pragmatyzmu, wychodzi mi, że jednak sukces! Nie jestem nativem (i nigdy nie będę!), więc nie pozostaje mi nic innego jak pogodzić się z tym, że mój język widać 🙂

Tak, to był długi i intensywny dzień…

Od red.
Notka pisana była oczywiście wczoraj, ale padłam, zanim ją zamieściłam. Niech nikt nie myśli, że zrobiłam to wszystko przed 8 am 😉