pożegnanie z dachami…

…choć wymuszone, odbyło się w ciepłej atmosferze. Co prawda na dole część ogrodowych parterów znajdująca się w zacienionej strefie  ciągle jeszcze była zmrożona, a nad Grand Canal unosiły się gęste  mgły, ale jak zwykle słońce pozwalało cieszyć się wszystkimi kolorami jesieni.

Ostatnia inspekcja na dachu miała na celu upewnienie się, czy wszystko zostało należycie przejrzane, opisane, i właściwie  umieszczone na mapie będącej podstawowym dokumentem raportu. Cyfrowa mapa jest przestrzenną bazą danych, gromadzącą całą wiedzę, jaką udało mi się zgromadzić w ciągu stażu na temat rzeźb: stanu zachowania, historii i ikonografii.  Poruszanie się po niej za pomocą kursora przypomina chodzenie od rzeźby do rzeźby po prawdziwym dachu, klikanie w nie przypomina dotykanie,  a poprzez wywołanie zlinkowanych zdjęć i tekstów, można je oglądać i poznawać ich historię, stan, rokowania. Jest to tym bardziej wygodny i skuteczny sposób dostępu do informacji, że wspominana tu już grupa 4  rzeźb ustawionych nad małą kaplicą –  personifikacje Religii, Sprawiedliwości, Wiary i Miłosierdzia – zakłóca logikę i porządek numeracji całego zespołu rzeźb z dachu kaplicy, zarówno tej zachowanej w znanych mi przekazach historycznych, jak i obowiązującej we współczesnej bazie danych EPV. W czasie poprzednich 3 tygodni każda z nich została opisana w oddzielnej karcie inspekcji, której wzór został stworzony na potrzeby tego szczególnego projektu, i opisującej zagadnienia istotne właśnie dla tej unikalnej sytuacji.  Tabelaryczne dane zostały zaopatrzone w graficzne równoważniki i kody, i odpowiednio rozmieszczone na planie dachu. Mapa pozwala więc dotrzeć do informacji o każdej z nich z osobna, ale też pozwala oglądać je wszystkie naraz w świetle różnorodnych problemów. Dostęp do informacji jest kontekstowy i intuicyjny, oparty na wzajemnych relacjach przestrzennych obiektów – tak jak ma to miejsce w rzeczywistości – a nie na znajomości ich dokładnych nazw i opisujących je  skomplikowanych niekiedy kodów. Prezentacja rezultatów inspekcji we czwartek.

Jest to drugi etap testowania przestrzennej konserwatorskiej bazy danych,  jaką mamy zamiar zbudować  w Wilanowie.  Pierwszy miał miejsce właśnie  w Wilanowie, podczas stażu mojego wersalskiego partnera, Bertranda Barbe, w naszej pracowni konserwacji rzeźby. Oto fragmenty opracowanej wtedy przestrzennej bazy danych, pozwalającej sprawnie zarządzać stanem dachów pałacu w Wilanowie.

Teraz zamieniliśmy się miejscami.

Wersalskie,  wapienne (pierre de Tonnerre) rzeźby, jakkolwiek restaurowane już kilka razy, stoją na swoich miejscach od ponad 300 lat. W naszym klimacie byłoby to niemożliwe, dość przypomnieć, że na attykach pałacu w Wilanowie mamy już trzecią i czwartą generację rzeźb, choć nie można zapominać , że w tym przypadku materiałem jest piaskowiec  a nie wapień. .. Tutejszym rzeźbom największe zagrożenie niesie  tak naprawdę sposób zapewnienia im bezpieczeństwa, jaki zastosowano w przeszłości:  żelazne elementy utrzymujące rzeźby na balustradach korodują teraz, rozsadzając kamienne elementy w których zostały osadzone.

Tymczasem na dole mrowie ludzi zaczyna formować gigantyczną kolejkę, żeby wejść na dopiero co wczoraj oficjalnie otwarte ”Sciences & Curiosites…”.

Praca na „dachu świata” była niezwykłym przywilejem. Kiedyś wszyscy w końcu wchodzą tu po raz ostatni… Od samego początku byłem zdecydowany nie powiększać kolekcji wpisów wyciętych w kamiennych blokach przez pokolenia budowniczych,  cieśli, kamieniarzy, dekarzy,  strażaków, oraz poszukiwaczy przygód, jednak ta sprawa – mojego śladu na dachu – cały czas nie dawała mi spokoju. Dzisiaj ostatecznie zdecydowałem, jak powinien wyglądać:

Porzucam wszelkie dyskursy…

Ja też już porzucam dyskurs – wszelkie dyskursy – i zaczynam uważnie  patrzeć pod nogi. Wychodząc wczoraj (czwartek trzeciego tygodnia stażu) na dach Wersalu na zacienionej  masywem kaplicy stronie zobaczyłem lód. Mnóstwo lodu! Rozległe połacie lodu leżące  na ołowianym poszyciu, i moje  służbowe super-przeciw-poślizgowe  buty  na nic się tu  zdały. Mimo całego zaskoczenia sytuacja była pod kontrolą, jako że nigdy nie wychodzę na dach sam: jeśli nie ma ze mną kogoś z mojego departamentu, to musi być strażak. Tak czy inaczej, musiałem nieźle nadkładać drogi żeby dotrzeć do rzeźb.  To podobno miesiąc wcześniej  niż zazwyczaj. W sumie kolejna rzecz, która przypomina Wilanów: zawsze kilka stopni mniej niż w metropolii. Kiedy punktualnie o 12.00 schodziłem z kaplicy, z wersalskiego lodowca nie wyciekł jeszcze ani jeden strumyk wody, choć piękne  słońce na południowej ścianie kaplicy zdążyło już sprawić, że zapomniałem o całej historii.

Tymczasem tutejsza metropolia potrafi zrobić się naprawdę  gorąca od manifestacji.

Nadłożenie drogi opłaciło się, bo na nasłonecznionej stronie znalazłem najstarszy możliwy wpis z całej kolekcji dat i nazwisk  wyciętych w miękkim bądź co bądź kamieniu, z którego zbudowano wersalską rezydencję: 1708. Starszego już się nie da znaleźć, bo jest to rok wzniesienia kaplicy. Chociaż…. być może o rok starsze są  znaki,  które da się odczytać  na plecach figur zgrupowanych nad małą boczną kaplicą. Każda bowiem z 28 figur – a mają one po mniej więcej 2,70 metra wysokości – złożona jest z 4  elementów ustawionych jeden na drugim. Budynki i dekoracje wznoszono w błyskawicznym tempie i możliwe jest, że wszystkie elementy rzeźb powstawały jednocześnie, a potem wysoko na balustradzie kaplicy składano je razem, przy czym wyjątkowo nad boczną kaplicą posłużono się kodem alfabetycznym: A, B, C, D, E, F odwrotnie do ruchu wskazówek zegara. Rzeźba z oznaczeniami „A”, czyli Saint Barthélémy jest datowana na 1707:  http://www.sculpturesversailles.fr/html/5b/selection/notice-ensemble.php?numloc=0101050301 . Pozostałe 22 rzeźby nie noszą żadnych oznakowań, co wciąż stanowi dla mnie  zagadkę.

Niedawno znalazłem jeszcze coś. Wędrując przez wnętrza trafiłem na przygotowania do wyekspediowania wielkiej wersalskiej wystawy do Seulu. Mnóstwo obrazów, rzeźb, skrzyń, niewiele osób, ale między nimi była Agnieszka, obserwująca standardy pakowania dzieł sztuki  i jednocześnie wyznaczająca standardy sporządzania opinii konserwatorskich malarstwa. Tu Wilanów ma sporo do zaproponowania.  W każdym razie pomiędzy gotowymi do zapakowania obrazami znajdował się i ten, którego niewielki zamieszczony tu  fragment  zainteresował mnie szczególnie:

Pierre Denis Martin, Widok pałacu w Wersalu od strony Placu Broni, z roku 1722 – na kilka godzin przed zamknięciem w skrzyni. Latarnia na dachu Kaplicy pokryta złotem.

Muzea „za zamkniętymi drzwiami”.

Dzięki wersalskim kolegom i wersalskim  identyfikatorom mamy niebywałą okazję docierać tam, gdzie nie udaje się dotrzeć regularnym turystom. Podróże potrafią być długie – 150 kilometrów dziennie przestało być  czymś nadzwyczajnym. Fascynujące i wyczerpujące zarazem. Ostatni weekend (piątek – sobota – niedziela) był kontynuacją  cyklu wizyt w rezydencjach w jakiś sposób powiązanych z Wersalem – poprzez style, lub historyczne postacie.   Oprowadzani przez kuratorów i zarządców zaglądamy do pomieszczeń nie oglądanych przez nikogo, wychodzimy na dachy,  zwiedzamy muzea zamknięte na cztery spusty, poznajemy szczegóły przygotowań do dużych projektów konserwatorskich. To jest bardzo cenna i smakowita strona uczestniczenia w programie Leonardo…

Alors, ostatni weekend:

Piątek: Fontainbleau, dawna rezydencja kolejnych władców Francji, zachowała struktury i nawarstwienia datujące się od 1137, poprzez renesans, manieryzm,  empire, aż po neostyle.

Sobota: Compiegne, wraz Fontainbleau i Wersalem  tradycyjne miejsce pobytu i pracy królów oraz cesarzy, w obecnej lokalizacji od czasów Karola V, a w obecnym stylu od czasów Ludwika XV (wg projektu Ange-Jacquesa Gabriela, którego znamy również z Wersalu i Fontainbleau).

Sobota: Pierrefonds,  Napoleon III i …. Violet le Duc.

Zatrzymajmy się teraz na chwilę w Pierrefond, jako że drugi żywot tego wielkiego założenia obronnego rozpoczęł się za sprawą Eugene’a  Violet Le Duc,  twórcy jednego z dwóch radykalnych nurtów myśli konserwatorskiej, którego dzieło na długo wyznaczyło – wraz z myślą Johna Ruskina po przeciwnej stronie – granice dyskursu, w którym mieści się wszystko co ma do powiedzenia współczesna konserwacja dzieł sztuki. To nazwisko zna – musi znać –  każdy konserwator…

Pierwszy żywot tej założonej w 1393 przez Ludwika Orleańskiego twierdzy zakończył kardynał Richelieu w 1616 , burząc ją do stopnia uniemożliwiającego wykorzystanie do celów militarnych przez zbuntowany przeciw Ludwikowi XIII (założyciel Wersalu) odłam arystokracji. W 1857 Napoleon III polecił odtworzyć część zamku, poszukując miejsca na prywatną romantyczną siedzibę. Odbudowa przeprowadzona przez  Eugene’a Violet le Duc zrobiła na mocodawcy takie wrażenie, że zlecił odtworzenie całego zamku, na swój koszt, po czym przekazał gotowe dzieło państwu.

Skupiony w codziennej pracy  na poszukiwaniu jak najlepszych rozwiązań technicznych służących zachowaniu substancji zabytkowej w dobrym  stanie nie zastanawiam się zbyt często, czy granice dyskursu pozostają te same, czy może drgnęły nieznacznie, czy wreszcie ogóle przestały obowiązywać?  Czy konserwacja dzieł sztuki nie pozostała czasem w tyle , tkwiąc w swoich nowoczesnych – czyli, jakby nie patrzeć, już przestarzałych – korzeniach?  Te i inne pytania przemykają mi przez głowę w tempie 100  kilometrów na godzinę w drodze powrotnej do Paryża.

Niedziela: Luwr, kompleks pomieszczeń Napoleona III (na szczęście tego dnia tylko ten kompleks!)

A może  to Luwr ze swoją szklaną piramidą jest odpowiedzią na pytania postawione w Pierrefonds?  Piramidę odbieram jak najbardziej pozytywnie, ponieważ nic nie jest w niej oczywiste.  Prawdziwe przeznaczenie tego miejsca, czyli recepcja ruchu turystycznego,  pozostaje ukryte dopóki nie wkroczy się do środka,  a estetyczny dialog z masywem Luwru nie jest wyłącznie grą kontrastów : skomplikowana struktura wiązań między poszczególnymi elementami konstrukcji piramidy jest wywiedziona z geometrii francuskich ogrodów. Całość znajduję jako jedną ze starannie przemyślanych odpowiedzi na pytanie, które przywołała Marta opisując swoją przygodę z rzeźbami Murakamiego we wnętrzach Wersalu: czegóż to możemy, obcując z zabytkami minionych epok, dowiedzieć się o sobie samych?

Ale zdarzają się też dużo mniej przemyślane odpowiedzi: wędrując po wnętrzach Luwru natykam się na widok przez okno, ukazujący dawny dziedziniec, obecnie przekryty szklaną kopuła, z posadzką amfiteatralnie zagłębioną na kilka pięter. Każdy z tych gestów z osobna jest do bólu  logiczny i funkcjonalny, ich celem jest dać schronienie i możliwość oglądania  kolekcji starożytnych rzeźb. Właśnie funkcjonalność za wszelką cenę – to jest chyba problem tego miejsca, bo  jako całość wydaje mi się ono  zupełnie niezrozumiałe…żeby nie powiedzieć więcej . Ale w pewnym sensie doceniam ten widok: jest dla mnie przestrogą przed brakiem refleksji, przed pośpiechem,  przed naiwnymi powtórzeniami, przed mechanicznym działaniem. No cóż, nie mam wyjścia i zamieszczam go poniżej!

Witajcie na Dachu Świata…

„Welcome to the roof of the world” powiedział   Bertrand , mój wersalski partner, otwierając po mozolnej  wspinaczce krętymi schodami niepozorne drzwiczki. Następuje zachłyśniecie światłem i przestrzenią: Wersal zniknął!  Pozostała tylko samotna wyspa  masywu górnej części kaplicy, budząca respekt i prowokująca zarazem.  Wokół niej nieskończona przestrzeń.  W ruch idą aparat fotograficzny i lornetka, z którymi nie rozstaję się tutaj w pracy. Pierwsza sesja, która  dzięki wyśmienitej pogodzie pozwoliła na zanotowanie tych  wszystkich wrażeń, ze względu na liczbę zdjęć „nie do odrzucenia” została umieszczona poza blogiem  na Flickrze:

http://www.flickr.com/photos/10196268@N05/sets/72157625147165210/

A  kiedyś było jeszcze wyżej… na poniższych sztychach widać na dachu Kaplicy Królewskiej latarnię, która wieńczyła  sylwetę  całej rezydencji od  początku, czyli 1706 roku. Zbudowana z drewna, z ołowianym przekryciem pokrytym złoceniami była powodem nieustannych problemów z przeciekami dachu kaplicy,więc  postanowiono ją  rozebrać, co w końcu stało się w 1766 roku.

Obecnie istnieje projekt jej odtworzenia, w ramach generalnej konserwacji dachu kaplicy planowanej na lata 2015-2017. Ta  zdemontowana latarnia jest rzadkim tutaj przypadkiem ingerencji w struktury przestrzenne  z powodów  technicznych. Na ogół wszelkie zmiany dokonywane były z pobudek politycznych.  Rewolucja kontra królestwo, cesarstwo kontra republika, republika kontra restytucja i tak dalej.  Do ciekawostek należy republikańska riposta w wyścigu o ”kto wyżej”:  znajdujący się  naprzeciw pałacu wersalski ratusz jest karykaturalnie wyciagniety w górę, niczym komputerową myszką, choć powstał w dziewiętnastym wieku.

Pozostałe rzeczy trwają. Porównanie zdjęć  i rycin pozwala na stwierdzenie, że przylegające do pałacu zbiorniki  nadal sprawiają, że w ogrodach  woda tryska z fontann wysoko pod niebo tylko dzięki grawitacji wyzwolonej różnicą poziomów. Tak jak przed 400 laty.

Jest jeszcze coś, co umożliwia porównanie sztychów i fotografii: widok z dachu ujawnia zmiany w krajobrazie wokół pałacu. Ale dopiero widok z dachów. Bo kiedy stanie się na szczycie tarasu ogrodowego – oraz o ile nie  wpadnie się przy tym plecami na kontrowersyjnego  złotego Buddę (widać go na którejś z fotografii) autorstwa Takashiego Murakamiego – można patrząc  ponad Grad Canal kontemplować  widok absolutnie nie zmieniony od 400 lat. Nie jest to przypadek. Żeby zapobiec jakiejkolwiek ingerencji w krajobraz, Wersal stara się wykupywać  grunty na osi widokowej, a co najmniej negocjować z władzami położonych tam miejscowości , oferując w zamian różne przywileje w korzystaniu z wersalskich atrakcji. Jest to widok bezkresny – i dziwne uczucie – i myślę, że tak właśnie mogliby czuć  się ludzie  podróżujący w kapsule czasu.

A wracając do Paryża, Paryż potrafi również ….

….nieźle zdenerwować!

 

 

 

 

Jeśli chodzi o Wersal…

…to mógłbym nie wyjeżdżać  stąd jeszcze długo. Celami, jakie postawiłem sobie wyjeżdżając na staż, jest odkrycie reguł funkcjonowania tak rozbudowanego organizmu jakim jest l’Etablissement Public de Versailles,  oraz – skoro do kontraktu należy również prowadzenie bloga – próba oddania atmosfery towarzyszącej tym poszukiwaniom.

Oba wydają mi się w tej chwili niezmiernie odległe. Pierwszy, co oczywiste, z powodu skali EPV. Mam nadzieję, że  pomocne okażą się oba moje miejsca pracy w Wersalu: biurko w Departamencie Architektury i Ogrodów, oraz dach Kaplicy Królewskiej. Na dachu mam dokonać inspekcji stanu kamiennych rzeźb i dekoracji, a za biurkiem przetworzyć zebrane dane i oszacować ryzyko pozostawienia ich jeszcze przez kilka lat bez konserwacji, w czasie której zostaną w końcu zdjęte i poddane odpowiednim zabiegom.  Kaplica w Wersalu nadal spełnia warunki terminu „chapel” który znalazłem w słowniku architektonicznym: „Pomniejsze lub prywatne miejsce kultu albo modlitwy w obrębie większego założenia.”. Mimo że ma rozmiary katedry.

W każdym razie liczę, że z wysokości 40 metrów  nad ziemią uda się ogarnąć nieco więcej spraw niż z poziomu dziedzińca.

Jeśli zaś chodzi o bloga, to cel wydaje mi się jeszcze bardziej odległy. Przede wszystkim musiałbym odzyskać zdolność pisania, zgubioną gdzieś po drodze za sprawą obecnie nam panującej błyskawicznej  komunikacji. Jest to dla mnie o wiele trudniejsze niż rozgryzienie reguł rządzących EPV. Co prawda istnieje szansa, że trochę uda się opowiedzieć przy pomocy zdjęć.

W gruncie rzeczy  proces ten  można by przyrównać do odzyskiwania utraconej  umiejętności rysowania (bo to też mi się przydarzyło): trzeba zostawić w szafce aparat, zabrać szkicownik i ołówek, i rysować, rysować, rysować. Tak jak to się dzieje choćby w tym blogu:

http://aloveofdrawing.blogspot.com/

Ale to raczej nierealne.

Jeśli chodzi o Paryż…

…to właściwie mógłbym już wracać. Dziś po pracy przydarzyło mi się niesłychanie satysfakcjonujące, fantastycznie bezcelowe dwugodzinne dryfowanie z barwnymi falami paryskiego tłumu,  słońca i powietrza, z niesamowitą muzyką w słuchawkach, i tak dalej. Nie wydaje mi się, żeby to miało szansę szybko się powtórzyć.

Codzienność jest oczywiście inna. Wygląda mniej więcej tak: